CZĘŚĆ 1
Valeria Salgado znalazła zaproszenie na ślub we wtorek, dokładnie w chwili, gdy chowała suknię, której nigdy nie miała okazji założyć.
Koperta była kremowa ze złotymi napisami i pachnąca słodkimi perfumami, które przyprawiały ją o mdłości.
„Z radością zapraszamy na uroczystość zaślubin Camili Salgado i Mauricio Ledesmy…”
Valeria ponownie przeczytała te dwa imiona.
Camila była jej młodszą siostrą. Mauricio był mężczyzną, który był jej narzeczonym.
Ten sam Mauricio, który rok wcześniej poprosił ją o rękę w drogiej restauracji w Polanco, przy muzyce na żywo, szampanie i oklaskach całej rodziny, jakby byli świadkami początku idealnej przyszłości. Ten sam Mauricio, który zaledwie cztery miesiące później zaprosił ją do kawiarni w Santa Fe, żeby zniszczyć jej serce, nie wyglądając przy tym na zakłopotanego.
„Valeria, nie odbierz tego źle” – powiedział, poprawiając zegarek. „Ale moja kariera nabiera rozpędu. Wchodzę teraz w bardzo wpływowe kręgi. Potrzebuję żony, która odpowiednio wypromuje mój wizerunek”.
Wpatrywała się w niego, kompletnie zagubiona. „Twój wizerunek?”
Mauricio westchnął, udając, że prawda również go boli, i zachowując się, jakby był boleśnie „szczery”.
„Przytyłaś. Nie ubierasz się już tak elegancko jak kiedyś. Camila lepiej rozumie to środowisko. Jest po prostu bardziej… reprezentacyjna”.
To słowo uderzyło ją jak policzek.
Ale utrata go nie była tym, co bolało ją najbardziej. Najgorsze było uświadomienie sobie, że jej rodzina już o tym wiedziała.
Tego wieczoru, w domu rodziców w dzielnicy Del Valle, Valeria weszła i zastała Camilę siedzącą obok Mauricio, spokojnie pijącą kawę z matką, Doñą Beatriz, jakby nic się nie stało.
„Nie rób z tego dramatu, mija” – powiedziała jej matka, lekceważąco machając ręką. „Camila jest młoda, piękna i ma przed sobą wiele możliwości. Ty zawsze byłaś silna. Dasz sobie radę”.
Valeria nie krzyczała. Niczym nie rzuciła. Po prostu zdjęła pierścionek zaręczynowy na oczach wszystkich, rzuciła go na stół i wyszła z ogniem w gardle.
Przez kolejne tygodnie ignorowała wiadomości. Zatopiła się w pracy, milczeniu i upokorzeniu.
W końcu przyszło zaproszenie.
Ślub miał się odbyć w eleganckiej hacjendzie w Valle de Bravo, z trzystoma gośćmi, mariachi, fajerwerkami i prywatną mszą.
Matka wysłała wiadomość głosową: „Valeria, proszę, przyjdź. Ludzie będą plotkować, jeśli cię nie będzie. Poza tym, czas się z tym pogodzić, mija”.
Tego wieczoru Valeria wyszła z mieszkania, nie wiedząc, dokąd idzie. W jakiś sposób wylądowała w barze luksusowego hotelu przy Reformie, ubrana w prostą czarną sukienkę, z oczami pełnymi łez, których nie chciała puścić.
Zamówiła mezcal.
Nie zdążyła nawet unieść szklanki, gdy do jej stolika podszedł mężczyzna w niebieskim garniturze.
„Hej, laleczko, co ty na to?” powiedział z zadowolonym uśmieszkiem. „Potrzebuję tego stolika dla ważnych osób. Możesz usiąść tam, z dala od drogi”.
Valeria spojrzała na niego. „Byłam tu pierwsza”.
Mężczyzna zaśmiał się krótko. „Och, nie dramatyzuj. Z takim ciałem i tak zajmujesz za dużo miejsca, nie sądzisz?”
Valeria poczuła, jak wszystko wokół niej zastyga w bezruchu. To znowu Mauricio. To Camila. To jej matka. To całe upokorzenie, które przełknęła, powróciło w głosie innego mężczyzny.