
Dzieci zabrały mnie “na wczasy” nad jezioro, cała rodzina, pierwszy raz od lat. Drugiego dnia syn położył przede mną dokumenty: ustanowienie służebności i pełnomocnictwo do mojej emerytury, “żeby wszystkim było wygodniej”. Długopis już leżał na stole. Wróciłam autobusem sama.
Woda w jeziorze była jeszcze zimna, ale Kacper i Oliwia wskoczyli od razu, zanim zdążyłam rozłożyć koc na trawie. Patrzyłam na nich z pomostu i myślałam, że dawno nie widziałam wnuków tak radosnych. Że może Grzegorz miał rację – może naprawdę potrzebowaliśmy tego wyjazdu.
– Mamo, usiądź, odpocznij, ja się nimi zajmę – powiedział syn, podając mi kubek z kawą.
Kawa była za słodka, tak jak lubił ją Władek, nie ja. Ale nie powiedziałam nic. Po raz pierwszy od trzech lat siedzieliśmy wszyscy razem i nie chciałam psuć tego zwykłą uwagą o łyżeczce cukru.
Nazywam się Lucyna i mam sześćdziesiąt siedem lat. Przez czterdzieści jeden lat byłam żoną Władysława – Władka, jak wszyscy go nazywali. Kolejarza z Częstochowy, który umarł dwa lata temu na raka trzustki, cicho i szybko, jakby chciał nie robić kłopotu. Zostałam z mieszkaniem w bloku na Tysiącleciu, emeryturą po mężu i dwójką dorosłych dzieci, które przez ostatnie lata odwiedzały mnie głównie w święta.
Grzegorz, starszy, czterdzieści dwa lata, pracował jako kierownik zmiany w fabryce mebli pod Radomskiem. Żona Sylwia, dwójka dzieci. Mieszkali w kredytowym domu pod miastem, z garażem, z ogródkiem, z ratą, która – jak kiedyś niechcący usłyszałam – zjadała im pół wypłaty. Młodsza, Agnieszka, trzydzieści osiem lat, pielęgniarka w Łodzi, rozwiedziona, wynajmowała kawalerkę z synem Filipem.
To Grzegorz zadzwonił w maju z propozycją.
– Mamo, wynajęliśmy domek nad jeziorem. Tydzień. Cała rodzina. Wnuki cię zobaczą, ty odpoczniesz.
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz słyszałam w jego głosie tyle ciepła. Powiedziałam tak, zanim zdążyłam się zastanowić.
Domek stał na skraju wsi pod Giżyckiem, drewniany, z werandą wychodzącą na jezioro. Pachniało żywicą i skoszoną trawą. Agnieszka przyjechała dzień po nas, zmęczona po nocnym dyżurze, ale uśmiechnięta. Filip od razu pobiegł do Kacpra i Oliwii. Patrzyłam na te trzy biegnące dzieciaki i czułam coś, czego nie umiałam nazwać. Może ulgę. Może nadzieję, że jeszcze nie jest za późno na bycie rodziną.
Pierwszy dzień był piękny. Grzegorz grillował kiełbaski, Sylwia robiła sałatkę, Agnieszka uczyła Filipa pływać przy pomoście. Ja siedziałam w wiklinowym fotelu na werandzie i po prostu patrzyłam. Wieczorem jedliśmy razem na dworze, pod lipą, w świetle lampek solarnych. Grzegorz nalał mi wina.
– Za mamę – powiedział. – Że z nami jest.
Agnieszka podniosła kieliszek, ale patrzyła na brata, nie na mnie. Coś w jej wzroku mnie zaniepokoiło, ale pomyślałam, że pewnie jest po prostu zmęczona.
Drugiego dnia, po śniadaniu, Sylwia zabrała wszystkie dzieci na plażę. Agnieszka poszła z nimi, choć widziałam, że się wahała. Zostałam z Grzegorzem na werandzie. Dopijałam kawę, kiedy wrócił z pokoju z tekturową teczką.