– Mamo, chciałem z tobą porozmawiać. Spokojnie, bez pośpiechu – usiadł naprzeciwko i położył teczkę na stole między nami.
Jeszcze wtedy myślałam, że to może jakieś papiery po ojcu. Że może coś z ZUS-em, z rentą, coś do dopełnienia. Władek zostawił trochę formalności, które ciągnęły się miesiącami.
Grzegorz otworzył teczkę. W środku były dwa dokumenty. Jeden – akt ustanowienia służebności osobistej mieszkania na jego rzecz. Drugi – pełnomocnictwo notarialne do zarządzania moją emeryturą.
– To nic wielkiego, mamo – powiedział tonem, jakim tłumaczy się dziecku, że zastrzyk nie boli. – Służebność zabezpiecza sytuację na wypadek, gdyby coś ci się stało. A pełnomocnictwo to tylko formalność, żebym mógł ci pomagać z rachunkami, z opłatami. Żeby wszystkim było wygodniej.
Długopis leżał już na stole. Niebieski, z logo jakiejś kancelarii. Położony równo obok dokumentów, jakby na to czekał.
Przez chwilę siedziałam w ciszy. Słyszałam śmiech dzieci z plaży, plusk wody, krzyk mewy. Piękny czerwcowy dzień, zapach lipy, kawa na stole. I dokumenty, które miały mi odebrać mieszkanie i pieniądze.
– Grzegorz – powiedziałam powoli – co to jest?
– No mówię ci, mamo. Dla wygody. Ty się nie musisz martwić rachunkami, ja wszystko ogarnę. A mieszkanie i tak kiedyś…
– Kiedyś co?
Zamilkł. Odsunął się na krześle.
– No, kiedyś i tak będzie do podziału. Ale to nie o to chodzi. Chodzi o teraz, żebyś ty miała spokój.
Podniosłam dokument o służebności. Przeczytałam go raz, drugi raz. Nie jestem prawniczką, ale czterdzieści lat z Władkiem, który ciągle coś podpisywał w związkach zawodowych, nauczyło mnie czytać drobny druk. Służebność osobista mieszkania na rzecz Grzegorza Witkowskiego – oznaczała, że moje mieszkanie w praktyce przestaje być w pełni moje. Że on zyskuje prawo do korzystania z niego, prawo, którego nie mogę tak łatwo odwołać.
– Rozmawiałeś o tym z Agnieszką? – zapytałam.
– Agnieszka nie musi o wszystkim wiedzieć.
I wtedy zrozumiałam. Wahanie Agnieszki, kiedy zostawała rano. Jej wzrok na Grzesiu przy kolacji. Wiedziała. Może nie znała szczegółów, ale wiedziała, że ten wyjazd ma drugie dno.
– Dlatego ją zabraliście? Żeby też tu była, kiedy podpiszę?
– Mamo, przestań. To nie jest żaden spisek. Chcemy ci pomóc.
– Pomóc – powtórzyłam.
Zamknęłam teczkę. Położyłam ją z powrotem na stole, obok długopisu.
– Grzegorz, ja mam sześćdziesiąt siedem lat, nie osiemdziesiąt siedem. Chodzę o własnych siłach, gotuję, sprzątam, płacę rachunki. Pamiętam, kiedy są imieniny każdego wnuka. Nie potrzebuję, żeby ktoś zarządzał moimi pieniędzmi.
– Ale tata by chciał…
– Tata – przerwałam mu – tata nigdy by czegoś takiego nie zrobił. I dobrze o tym wiesz.
Grzegorz wstał. Widziałam, że się denerwuje, że ściska szczękę tak jak Władek, kiedy próbował nie krzyczeć.
– Mamo, my mamy kredyt. Sylwia straciła pracę w marcu. Kacper potrzebuje aparatu na zęby. Ja nie proszę o nic nadzwyczajnego, tylko o zabezpieczenie…
– Swoje zabezpieczenie – dokończyłam za niego. – Nie moje.