Weszłam do pokoju. Spakowałam torbę. Nie było w tym złości – był smutek tak ciężki, że ledwo mogłam zapiąć zamek. Na werandzie Grzegorz stał z rękami w kieszeniach i patrzył na jezioro.
– Mamo, nie jedź. Pogadajmy.
– Rozmawialiśmy – powiedziałam.
Zadzwoniłam po taksówkę do Giżycka. Z dworca pojechałam autobusem do Częstochowy. Pięć godzin, z przesiadką w Olsztynie. Przez całą drogę patrzyłam przez okno i myślałam o Władku. O tym, jak pod koniec, w szpitalu, ściskał moją dłoń i mówił: dzieci są dobre, Lucynko, dzieci są dobre. Tylko czasem głupie.
W Częstochowie wysiadłam na dworcu o dziewiątej wieczorem. Mieszkanie pachniało zamkniętym powietrzem i kurzem. Otworzyłam okno, zapaliłam lampkę w kuchni, nastawiłam czajnik. Na lodówce wisiał rysunek Oliwii – babcia z kwiatkiem, narysowana kredkami, z podpisem “kocham Cię babciu”.
Agnieszka zadzwoniła następnego ranka.
– Mamo, przepraszam. Wiedziałam, że coś planuje, ale nie wiedziałam co dokładnie. Powinnam była cię uprzedzić.
– Powinnaś – zgodziłam się.
– Grzegorz… on jest w ciężkiej sytuacji, mamo. Naprawdę ciężkiej. Ale to nie usprawiedliwia…
– Nie usprawiedliwia – powiedziałam. – Ale rozumiem.
I to była prawda. Rozumiałam. Kredyt, stracona praca żony, aparat dziecka, raty jak kamień u szyi. Rozumiałam, że strach pcha ludzi do głupich rzeczy. Że Grzegorz pewnie nie spał nocami, szukając rozwiązania, i wydawało mu się, że znalazł. Że długopis przy dokumentach nie był złośliwością, tylko desperacją.
Ale rozumieć to nie znaczy podpisać.
Przez następne dwa tygodnie Grzegorz nie dzwonił. W trzecim tygodniu przysłał SMS-a: “Przepraszam, mamo.” Bez tłumaczeń, bez warunków. Dwa słowa.
Odpisałam: “Wiem.”
Bo wiedziałam. Wiedziałam, że mój syn jest dobry, ale bywa głupi. Jak mówił Władek. I wiedziałam, że to mieszkanie – te sześćdziesiąt dwa metry na trzecim piętrze, z widokiem na park i tapetą, którą Władek sam kładł dwadzieścia lat temu – to jedyne, co mam pewnego na tym świecie. I że nikt mi tego nie zabierze długopisem przy kawie na wakacjach.
Wnuki przyjechały w lipcu. Same, autobusem z Radomska, z plecakami i torbą cukierków. Kacper powiedział: babciu, tata mówi, że cię skrzywdził, ale nie chce powiedzieć jak. Pogłaskałam go po głowie.
– Tata jest dorosły – powiedziałam. – Dorośli też popełniają błędy.
I nastawiłam wodę na pierogi.