CZĘŚĆ 1
Czternastu lekarzy opuściło tę rezydencję z tym samym stwierdzeniem: „Przepraszamy, nie znaleźliśmy przyczyny”.
I za każdym razem, gdy ktoś to mówił, Mariana czuła się, jakby wyrywano jej kawałek piersi.
Jej syn Santiago, mający zaledwie sześć miesięcy, umierał w pięknym drewnianym łóżeczku w jednym z najdroższych domów w Lomas de Chapultepec. Na zewnątrz były kamery bezpieczeństwa, ogrodnicy, szoferzy, oświetlone fontanny i samochody warte więcej niż zwykły dom. W środku jednak panował tylko strach.
Rodrigo Santillán, właściciel firm budowlanych, prywatnych klinik i całych budynków w Mexico City, był przyzwyczajony do załatwiania wszystkiego telefonem. Jeśli chciał kawałek ziemi, dostawał go. Jeśli potrzebował pozwolenia, ktoś się tym zajmował. Jeśli pojawiał się problem, kupował go, negocjował lub rozwiązywał.
Ale nie mógł kupić synowi powietrza.
Wszystko zaczęło się od dziwnego płaczu o północy. Nie był to głód, nie kolka, nie senność. Santiago płakał ochrypłym, rozpaczliwym głosem, jakby coś niewidzialnego ściskało go za pierś. Potem przyszła gorączka, suchy kaszel, blade usta i te okropne chwile ciszy, kiedy Mariana biegła do łóżeczka, żeby sprawdzić, czy dziecko jeszcze oddycha.
Rodrigo zawiózł dziecko do najdroższego szpitala w mieście. Następnie sprowadził specjalistów z Monterrey, Guadalajary, a nawet zagranicznego pediatrę, którego polecił senator. Przeprowadzili badania krwi, prześwietlenia, tomografię komputerową, testy immunologiczne i analizy, których nazwy były tak skomplikowane, że Mariana nie potrafiła ich nawet powtórzyć.
Nic.
Lekarze nie odważyli się spojrzeć Rodrigo w oczy. Pielęgniarki mówiły półgłosem. W korytarzach rezydencji unosił się zapach alkoholu, środków dezynfekujących i strachu.
Doña Mercedes, matka Rodriga, nie pomagała. Chodziła po domu z różańcem w dłoni, ale przy każdej okazji otruwała Marianę.
Reklamy
„Zrobiłaś coś temu dziecku” – mruknęła pewnego popołudnia. „Dziecko nie robi się takie bez powodu”.
Reklamy
Mariana spojrzała na nią opuchniętymi oczami.
„To mój syn”.
„To opiekuj się nim jak matka, a nie jak modelka z magazynu”.
Rodrigo nie odpowiedział. Był zbyt załamany, żeby kogokolwiek bronić.
W dniu, w którym czternasty lekarz odjechał, nie dając żadnej nadziei, miasto nawiedziła burza. Rodrigo wsiadł do swojego czarnego pickupa i poprosił kierowcę, żeby jechał bez celu. Musiał uciec od łóżeczka, monitora, spojrzenia Mariany i płytkiego oddechu Santiago.
Pod mostem niedaleko Viaducto zobaczył coś, co sprawiło, że dał im znak, żeby się zatrzymali.
Chudy, przemoczony deszczem chłopiec siedział obok staruszki z zakażoną raną na nodze. Chłopiec nie prosił o pieniądze. Miażdżył zielone liście i kawałki korzeni w starej puszce. Następnie nałożył pastę na ranę z pewnością siebie, która wydawała się nie do opisania u dziecka.
Staruszka przestała narzekać kilka minut później.
Rodrigo wysiadł z ciężarówki.
Chłopiec podniósł wzrok. Miał około 12 lat. Nosił podarte ubranie, niósł stary plecak i miał zbyt spokojne oczy jak na kogoś, kto mieszkał na ulicy.
„Jak masz na imię?” zapytał Rodrigo.
„Nicolás”.
„Kto cię tego nauczył?”
„Moja babcia. W górach Oaxaca”.
Rodrigo przełknął ślinę.
„Mój syn umiera”.
Nicolás nie prosił o pieniądze. Nie pytał, ile mu dadzą. Spojrzał tylko na ciężarówkę, potem na deszcz i powiedział:
„W takim razie musimy go natychmiast zobaczyć”.
Kiedy Rodrigo wszedł do rezydencji z dzieckiem ulicy, Doña Mercedes krzyknęła ze schodów:
„Zwariowałeś? Zamierzasz przyprowadzić tego brudnego chłopca do pokoju mojego wnuka?”
Ale Nicolás już spojrzał w górę, na piętro.
A jego twarz zmieniła się, jakby poczuł coś, czego nikt inny nie mógł wyczuć.
CZĘŚĆ 2
Nicolás nie pobiegł do łóżeczka.
To była pierwsza rzecz, która wszystkich zaniepokoiła.
Mariana siedziała obok Santiago, trzymając w palcach jego zimną rączkę. Pokój dziecięcy wyglądał jak z obrazka z magazynu: haftowane zasłony, ciepłe lampy, importowane zabawki, oczyszczacz powietrza działający dzień i noc oraz białe łóżeczko ustawione obok ogromnej drewnianej szafy pełnej pluszaków.
Ale dziecko ulicy stało nieruchomo w drzwiach.
Odetchnął powoli.
Potem zmarszczył brwi.