Mąż przez całe małżeństwo powtarzał, że sama nie przeżyję bez niego tygodnia. Odszedł trzy lata temu. W sobotę wpadł po swoje stare narzędzia i zobaczył świeżo pomalowane ściany i nową armaturę, którą założyłam sama. Nie powiedział już nic.
Gdyby ktoś trzy lata temu powiedział mi, że będę sama wymieniać baterie w łazience i malować sufit w przedpokoju, roześmiałabym się w głos. Albo rozpłakała – bo wtedy nie umiałam odróżnić jednego od drugiego. Przez trzydzieści lat słyszałam jedno zdanie tak często, że uwierzyłam w nie jak w prawo grawitacji: “Wiesława, ty beze mnie nie przeżyjesz tygodnia.”
Bogdan mówił to przy śniadaniu, kiedy nie mogłam otworzyć słoika z dżemem. Mówił to, kiedy gasło światło na klatce i szłam do niego z latarką, bo nie wiedziałam, gdzie jest skrzynka z bezpiecznikami. Mówił to przy rodzinie na wigilijnej kolacji, kiedy opowiadał, jak to musiał mi wytłumaczyć, że pralkę trzeba czyścić filtrem raz na miesiąc. Wszyscy się śmiali. Ja też.
Pracowałam wtedy jako fryzjerka w salonie na Żeromskiego, tuż przy rynku w Radomiu. Dwadzieścia pięć lat stania na nogach, dwadzieścia pięć lat cudzych głów pochylonych nad umywalką. Ręce miałam silne – ale podobno do niczego innego niż nożyczki i suszarka. Tak przynajmniej twierdził Bogdan.
Odszedł w maju, trzy lata temu. Nie do żadnej kobiety – przynajmniej na początku tak mówił. Do mieszkania po matce na drugim końcu miasta, bo potrzebował przestrzeni. Czterdzieści dwa metry przestrzeni w bloku na Gołębiowie, z widokiem na garaże. Zabrał swoje narzędzia – skrzynkę po ojcu, wiertarkę, klucze, poziomnię. Zostawił dziurę w ścianie po pólce, którą zamontował osiem lat wcześniej, i kapiący kran w kuchni.
Przez pierwszy tydzień siedziałam przy kuchennym stole i słuchałam, jak ta woda kapie. Kap. Kap. Kap. Jak zegar, który odmierza czas mojej bezradności. Nie potrafiłam nawet zadzwonić do hydraulika, bo przez trzydzieści lat to Bogdan dzwonił. Bogdan umawiał, Bogdan otwierał drzwi, Bogdan płacił, a potem opowiadał mi, ile to kosztowało i ile kłopotu miał.
Córka Magda dzwoniła codziennie z Lublina.
– Mamo, jedź do hydraulika. Albo znajdź kogoś na OLX-ie.
– Na czym?
– Na OLX-ie, mamo. To taki portal, ludzie oferują usługi. Wyślę ci link.
Nie weszłam w ten link przez dwa tygodnie. Kran kapał dalej.