Nie wpuściłem ich od razu.
Mirek stał na klatce schodowej w drogim płaszczu, z włosami zaczesanymi do tyłu i telefonem przyklejonym do dłoni. Za nim dwóch mężczyzn. Jeden starszy, z aktówką. Drugi młodszy, w za ciasnym garniturze, z miną pośrednika, który już w myślach przelicza prowizję.
— No otwieraj, Adam — powiedział Mirek. — Nie będziemy na korytarzu stać.
— Jest północ.
— Ojciec kazał załatwić sprawę szybko.
Kazimierz z pokoju krzyknął:
— Mirek? To ty?
Jego głos nagle zmiękł.
Takim głosem nie mówił do mnie od lat.
Odsunąłem się.
— Proszę. Niech syn wejdzie.
Mirek minął mnie bez zdjęcia butów. Przeszedł przez przedpokój, zostawiając mokre ślady na panelach, które tydzień wcześniej pastowałem, bo Kazimierzowi „wstyd przed ludźmi, jak się kleją”.
— Tato — powiedział głośno, wchodząc do pokoju. — Trzeba działać, zanim ktoś zacznie mieszać.
Ktoś.
Spojrzał na mnie.
Nie musiał mówić imienia.
Kazimierz poprawił się na łóżku.
— Chciałem jutro.
— Jutro Adam sprowadzi siostrę, sąsiadkę, pół spółdzielni i jeszcze księdza. Załatwimy teraz. Pan notariusz ma czas.
Starszy mężczyzna chrząknął.
— Ja jestem asesorem notarialnym, panie Mirosławie. I bez pełnej świadomości pana Kazimierza żadna czynność nie może być dokonana.
Mirek uśmiechnął się krótko.
— Ojciec jest świadomy. Prawda, tato?
Kazimierz podniósł brodę.
— Jestem.
— Świetnie. — Mirek położył teczkę na biurku. — To podpisujemy pełnomocnictwo do zarządzania środkami z odszkodowania, dyspozycję darowizny i umowę użyczenia mieszkania z terminem opuszczenia lokalu przez Adama.
Kazimierz zmarszczył brwi.
— Jakiego opuszczenia?
Mirek otworzył teczkę zbyt szybko.
— Tato, to formalność. Mieszkanie trzeba sprzedać albo wynająć, pieniądze z wywłaszczenia muszą pracować. Adam jest dorosły, poradzi sobie.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
Poradzi sobie.
Trzydzieści lat radziłem sobie za wszystkich.
Kazimierz spojrzał na mnie, potem na Mirka.
— Ale Adam tu mieszka.
Mirek westchnął, jakby tłumaczył dziecku.
— Tym bardziej. Trzeba jasno zamknąć sprawę. On nie jest spadkobiercą. Sam dziś mówiłeś.
Te słowa trafiły w Kazimierza inaczej, gdy wróciły z ust rodzonego syna.
Już nie brzmiały jak „prawo krwi”.
Brzmiały jak eksmisja.
Pośrednik wyjął kalkulator.
— Przy obecnych cenach za wynajem można uzyskać bardzo dobry czynsz. A po remoncie lokal pójdzie jeszcze wyżej. Pan Adam może dostać trzydzieści dni na wyprowadzkę, to i tak uprzejmie.
— Trzydzieści dni? — zapytał Kazimierz.
— Tato, nie rozczulaj się — rzucił Mirek. — I tak siedział tu za darmo pół życia.
Przez chwilę w pokoju było słychać tylko stary zegar.
Kazimierz powoli odwrócił głowę w moją stronę.
— Adam…
Nie odpowiedziałem.
Nie musiałem.
Sam przed chwilą powiedział, że jestem obcy.
Obcy ludzie nie tłumaczą się z bólu.
Asesor notarialny wyjął dokumenty i zaczął czytać na głos. I bardzo dobrze, bo Mirek wyraźnie liczył, że stary ojciec po prostu podpisze wskazane miejsca.
— Pełnomocnik, pan Mirosław Rosiński, będzie uprawniony do dysponowania środkami w kwocie 9 200 000 zł, zakładania lokat, zaciągania zobowiązań, sprzedaży i nabywania nieruchomości…
— Zaciągania zobowiązań? — przerwałem.
Mirek odwrócił się gwałtownie.
— Ciebie nikt nie pyta.
Asesor spojrzał na niego.
— Pan Adam ma prawo zwrócić uwagę, jeśli jest obecny przy czynności, która może dotyczyć również jego sytuacji mieszkaniowej.
Mirek zacisnął szczękę.
— Czytajmy dalej.
Asesor czytał.
Potem dotarł do załącznika.
— Umowa opieki prywatnej między panem Kazimierzem Rosińskim a panem Mirosławem Rosińskim. Miesięczna opłata za organizację opieki, transportu medycznego, nadzoru nad lekami oraz obsługi spraw bieżących: 18 000 zł miesięcznie, pobierane z rachunku pana Kazimierza.
Kazimierz aż uniósł się na łokciu.
— Jaka opłata?
Mirek machnął ręką.
— Tato, to tylko zapis księgowy. Ja mam firmę, muszę to rozliczać.
— Za opiekę nade mną?
— No przecież nie będę rzucał wszystkiego za darmo.
Powiedział to z irytacją.
Bez wstydu.
Bez chwili zawahania.
Jakby ojciec nie był ojcem, tylko niewygodnym klientem z dużym kontem.
Kazimierz spojrzał na mnie.
W jego oczach pojawiło się coś, czego nie widziałem od dawna.
Nie miłość.
Nie skrucha.
Panika człowieka, który nagle zobaczył, że wybrał kasjera zamiast syna.
— Adam przez tyle lat…
Mirek przerwał mu ostro:
— Adam przez tyle lat mieszkał za darmo. Nie zaczynaj znowu.
Wtedy zapukały drzwi.
Nie czekałem. Otworzyłem.