Na progu stała Anka, moja siostra. W rękach trzymała torbę z ubraniami dla mnie i Kazimierza, a obok niej sąsiadka z trzeciego piętra, pani Halina, emerytowana pielęgniarka, która wiele razy widziała mnie wracającego z ojczymem ze szpitala.
Anka spojrzała po twarzach.
— Co tu się dzieje?
Mirek prychnął.
— Rodzinne sprawy.
Anka weszła do mieszkania.
— To świetnie. Jestem rodziną.
— Nie jesteś Rosińska.
— A ty nie byłeś przy jego łóżku, kiedy sikał do worka po operacji prostaty.
Cisza spadła ciężko.
Pani Halina stanęła obok mnie i powiedziała do asesora:
— Proszę pana, ja mogę poświadczyć, kto od trzydziestu lat robi tu zakupy, wzywa pogotowie, zmienia opatrunki i śpi na taborecie, kiedy pan Kazimierz ma duszności. Na pewno nie ten elegancki pan z teczką.
Mirek się wściekł.
— Co to za przedstawienie?
Anka podeszła do Kazimierza.
— Tato, bo ja nadal będę tak mówić, póki sam mnie nie wyrzucisz. Czy ty naprawdę chcesz oddać wszystko człowiekowi, który wycenił podanie ci tabletki na osiemnaście tysięcy miesięcznie?
Kazimierz zaczął oddychać ciężej.
Przez chwilę bałem się, że dostanie kolejnego zawału. Odruch był silniejszy ode mnie. Sięgnąłem po ciśnieniomierz z szafki.
Mirek zauważył to i uśmiechnął się krzywo.
— No widzisz? I tak będziesz robił swoje. Ty nie umiesz inaczej.
To zdanie uderzyło we mnie mocniej niż wszystko wcześniej.
Bo było prawdziwe.
Nie umiałem.
Przez trzydzieści lat moja miłość, obowiązek i poczucie winy robiły ze mnie człowieka, który zawsze sięga po ciśnieniomierz, nawet kiedy ktoś przed chwilą nazwał go obcym.
Położyłem urządzenie na stoliku.
Nie założyłem mankietu.
— Anka, zadzwoń po pogotowie, jeśli będzie trzeba. Ja wychodzę.
Kazimierz złapał laskę.
— Adam, nie wygłupiaj się.
— Nie wygłupiam się.
— Ja tego tak nie myślałem.
— Myślał pan dokładnie tak. Tylko Mirek przeczytał panu konsekwencje drobnym drukiem.
Wziąłem z przedpokoju kurtkę.
Anka stanęła obok mnie.
— Idę z tobą.
Kazimierz nagle wyglądał starzej. Dużo starzej niż godzinę wcześniej.
— A kto mi rano zrobi śniadanie?
To pytanie było tak małe i tak okrutne, że prawie się roześmiałem.
Nie zapytał: „Jak cię zatrzymać?”
Nie zapytał: „Jak cię przeprosić?”
Zapytał o śniadanie.
Podałem mu laskę.
— Syn.
Wyszedłem.
Pierwszą noc spędziłem u Anki, na kanapie między książkami jej uczniów i torbą ze swetrami, których nie zdążyła rozpakować. Miała trzydzieści siedem lat, uczyła biologii w technikum i przez lata z poczucia obowiązku też nazywała Kazimierza tatą, choć pamiętała naszego prawdziwego ojca tylko z fotografii.
Płakała dopiero w kuchni.
— Adam, dlaczego ty tyle lat sam to dźwigałeś?
— Bo mama prosiła, żebyśmy trzymali dom.
— Mama nie prosiła, żebyś dał się zetrzeć do kości.
Nie odpowiedziałem.
Następnego dnia Kazimierz dzwonił od szóstej.
Nie odebrałem.
Potem dzwoniła pani Danuta.
Nie odebrałem.
Potem Mirek.
Tego odebrałem.
— Wracaj — powiedział bez przywitania. — Ojciec od rana robi cyrk. Nie chce jeść. Pielęgniarka środowiskowa powiedziała, że ona nie jest od gotowania. Ja mam spotkanie.
— Przecież podpisałeś opiekę za osiemnaście tysięcy.
— Nie podpisał, bo urządziłeś awanturę.
— To podpisz dzisiaj.
— Adam, nie bądź małostkowy.
Uśmiechnąłem się do ściany.
Małostkowy.
Po trzydziestu latach rachunków, nocnych dyżurów przy łóżku, rezygnacji z własnego mieszkania, ze ślubu, z wakacji, z życia.
Małostkowy.
— Mirek, twój ojciec jest w twoich rękach. Krew to krew.
Rozłączyłem się.
Tego samego dnia poszedłem do mieszkania, ale nie sam. Z Anką, mecenasem i panią Haliną jako świadkiem. Chciałem zabrać swoje rzeczy i dokumenty: rachunki, potwierdzenia przelewów, faktury za leki, umowy pożyczek, które brałem na remont domu.
Kazimierz siedział przy stole.
Przed nim zimna herbata i sucha bułka.
Mirek stał przy oknie, czerwony ze złości.
— Dobra, wygrałeś — rzucił. — Ile chcesz?
— Nic od ciebie.
— Każdy czegoś chce.
— Ja chcę swoje dokumenty.
Mecenas położył na stole listę.
— Pan Adam przez ostatnie lata ponosił stałe koszty utrzymania pana Kazimierza oraz nieruchomości. Część nakładów może być dochodzona cywilnie, zwłaszcza jeśli były związane z remontami i opieką ponad zwykłe relacje rodzinne.
Kazimierz spojrzał na mnie.
— Chcesz mnie pozwać?
— Nie wiem jeszcze.
To była prawda.
Nie wiedziałem.
W środku nadal walczyły we mnie dwie osoby.
Ta, która pamiętała, jak Kazimierz kupił mi kiedyś rower na komunię, choć był używany i z pękniętym siodełkiem.
I ta, która słyszała wczoraj:
„Ty jesteś obcego nazwiska.”
Mirek zaśmiał się.