— Proszę bardzo. Pozywajcie. Ojciec wszystko przepisze na mnie, a wy będziecie latać po sądach przez lata.
— Nie wszystko — powiedział mecenas.
Mirek zamilkł.
— Odszkodowanie za wywłaszczenie dotyczyło nieruchomości, w którą pan Adam inwestował udokumentowane środki przez lata. To nie daje mu automatycznie prawa do całości, ale daje podstawę do roszczeń. Poza tym mamy jeszcze testament pani Krystyny.
Kazimierz zbladł.
— Jaki testament?
Spojrzałem na mecenasa.
Nie wiedziałem o tym.
Anka też nie.
Mecenas wyjął kopię dokumentu.
— Pani Krystyna Cieślak sporządziła własnoręczny testament przed śmiercią. Został złożony u jej przyjaciółki, pani Haliny, z prośbą, by ujawnić go dopiero, jeśli dzieci zostaną pominięte przy sprawach majątkowych po panu Kazimierzu.
Pani Halina spuściła wzrok.
— Obiecałam jej. Myślałam, że nie będzie trzeba.
Mecenas czytał.
Mama napisała, że środki ze sprzedaży jej biżuterii, oszczędności i część pieniędzy z jej wcześniejszego mieszkania zostały włożone w dom Kazimierza. Prosiła nie o zemstę, ale o to, by „Adam i Anka nie zostali kiedyś potraktowani jak goście w miejscu, które ratowali własnymi rękami”.
Usiadłem.
Bo nogi przestały mnie trzymać.
Mama wiedziała.
Przed śmiercią wiedziała, że ten dom może kiedyś wypluć nas jak obcych.
Kazimierz zakrył twarz dłonią.
— Krystyna…
Mirek warknął:
— To nic nie znaczy. Stary papier.
Mecenas uśmiechnął się chłodno.
— Dla sądu papier ma często większą wagę niż pańska opinia.
Zaczęła się długa walka.
Nie filmowa.
Nie taka, w której zły syn zostaje wyrzucony po jednej scenie.
Były pisma, terminy, mediacje, wyceny nakładów, zeznania sąsiadów, faktury z aptek, potwierdzenia przelewów. Pani Halina zeznawała o nocach, gdy wzywała mnie do Kazimierza. Farmaceutka z osiedlowej apteki potwierdziła, że od lat to ja odbierałem leki. Kierowca taksówki medycznej rozpoznał mnie od razu:
— Ten pan woził ojca częściej niż niejeden syn matkę na imieniny.
Mirek coraz rzadziej przyjeżdżał do Kazimierza.
Na początku zjawiał się co dwa dni, głównie sprawdzić dokumenty.
Potem raz w tygodniu.
Potem tylko wtedy, gdy sąd wzywał go do wyjaśnień.
Kazimierz zatrudnił opiekunkę.
Z własnych pieniędzy.
Pierwsza odeszła po czterech dniach, bo powiedział jej, że rosół „Adam robił lepszy”. Druga po dwóch tygodniach, bo Danuta wtrącała się w każdy garnek. Trzecia została, bo miała twardy charakter i nie pozwalała sobą pomiatać.
Ja nie wróciłem.
Najtrudniejsze były drobiazgi.
Sobota rano, kiedy ręka sama chciała sięgnąć po telefon i zapytać, czy wziął tabletkę.
Przejście obok sklepu z drożdżówkami, które lubił.
Widok starego auta, w którym nadal leżało pudełko twardych już krówek, kupionych dzień przed awanturą, bo mówił, że ma smak z dzieciństwa.
Wyrzuciłem je dopiero po miesiącu.
Twarde jak kamienie.
Tak jak jego serce, myślałem wtedy.
A potem nienawidziłem siebie za tę myśl.
Bo uwolnienie się od kogoś, kim opiekowałeś się przez trzy dekady, nie wygląda jak triumf. Wygląda jak odrywanie bandaża od skóry, która wcale nie chce się go pozbyć, choć pod spodem jest rana.
Po pół roku sąd zabezpieczył moje roszczenia z części odszkodowania. Nie całe 9 200 000 zł. Nie chciałem całego. Nigdy nie było moim celem zabrać Kazimierzowi pieniądze na życie.
Ale uznano nakłady, pożyczki, remonty, część kosztów leczenia i opieki ponad zwykłą pomoc rodzinną. Do tego sąd wstrzymał próby przepisania wszystkiego na Mirka do czasu zakończenia postępowania.
Mirek wpadł w furię.
Zadzwonił do mnie wieczorem.
— Jesteś hieną.
— Nie. Hiena przyszła z notariuszem o północy.
— Ojciec przez ciebie choruje.
— Ojciec choruje od lat. Tylko teraz ty musisz to zauważyć.
— On chce cię zobaczyć.
Zamilkłem.
To zdanie trafiło we mnie mimo wszystko.
— Po co?
— Nie wiem. Może chce przeprosić. Może znowu udawać. Przyjedź i sam sprawdź.
Pojechałem.
Nie sam.
Z Anką.
Kazimierz siedział w fotelu przy oknie. Schudł. Laska stała obok. Na stoliku leżały leki, okulary i zdjęcie mojej matki, którego nie widziałem u niego od lat.
Kiedy weszliśmy, nie powiedział od razu nic.
Potem wskazał krzesło.
— Usiądź.
Usiadłem, ale nie przy jego kolanach jak kiedyś. Po drugiej stronie stolika.
— Adam — zaczął. — Ja…
Głos mu się złamał.
Patrzyłem na niego i czułem, że przez całe życie czekałem na to jedno słowo, a teraz nie wiem, czy chcę je usłyszeć.
— Ja myślałem, że tak trzeba — powiedział. — Że krew…
— Niech pan nie kończy.
Zamknął usta.
— Przez trzydzieści lat byłem wystarczająco rodziną, żeby płacić, sprzątać, gotować i siedzieć przy panu w szpitalu. Przestałem nią być dopiero przy pieniądzach.
Jego oczy zaszły łzami.