Syn i córka podzielili się opieką nade mną – syn płaci za leki, córka przychodzi w weekendy. Gdyby ktoś mnie zapytał, kiedy dokładnie przestałam być matką, a stałam się problemem do rozwiązania, odpowiedziałabym, że w czwartek, czternastego września.
Bo to wtedy Rysiek po raz pierwszy powiedział przy mnie: “Trzeba coś z mamą zorganizować”. Jakbym była szafą do przestawienia albo rachunkiem, który trzeba podzielić na pół.
Przez pięćdziesiąt lat szyłam na maszynie. Najpierw w zakładzie krawieckim na Zatorzu w Olsztynie, potem w domu, na zlecenia. Sukienki komunijne, garsonki na wesela, przeróbki spodni dla sąsiadów z bloku.
Ręce mam do dziś pokrzywione od nożyc i igieł. Stanisław, mój mąż, mawiał, że mam palce ze złota, ale plecy ze szkła. Miał rację. Plecy odmówiły mi posłuszeństwa na dobre dwa lata po jego odejściu.
Stanisław umarł pięć lat temu. Rak trzustki. Trzy miesiące od diagnozy do pogrzebu. Rysiek przyjechał z Warszawy na tydzień, wziął urlop. Marzena nie musiała brać – mieszka tu, w Olsztynie, piętnaście minut autobusem. Wtedy jeszcze trzymaliśmy się razem. Wspólne łzy, wspólna stypa, wspólne stanie nad grobem pierwszego listopada. Problemy zaczęły się później. Kiedy łzy wyschły i został codzienny, szary obowiązek.
Pierwsze dwa lata dawałam sobie radę sama. Zakupy, gotowanie, sprzątanie. Gorzej było z lekami – po wylewie, który przeszłam rok po śmierci Stasia, lista recept urosła do dziewięciu pozycji. Refundacja pokrywa część, ale co miesiąc dopłata to grubo ponad trzysta złotych. Do tego rehabilitacja, masaże, okazjonalnie prywatna wizyta u kardiologa, bo na NFZ czeka się wieczność.
Rysiek zaproponował pierwszy. Że będzie przelewał pieniądze na leki. Regularnie, co miesiąc. Byłam wzruszona. Marzena powiedziała, że ona za to będzie przyjeżdżać w weekendy – posprzątać, ugotować na zapas, zabrać na cmentarz do Stasia. Piękny plan. Na papierze.
Kłopoty zaczęły się od Excela.
Rysiek – on jest informatykiem, pracuje w jakiejś korporacji, zarabia dobrze, ale liczy jeszcze lepiej – założył tabelkę. Leki, suplementy, wizyty, dojazdy Marzeny, nawet moja herbata z apteki. Wszystko wpisywał. Co miesiąc wysyłał podsumowanie mailem – do mnie i do Marzeny. Z komentarzem w stylu: “W tym miesiącu wydatki wzrosły o siedemnaście procent, proszę o wyjaśnienie”.
Ja nie umiem obsługiwać Excela. Ja ledwo umiem obsługiwać ten telefon z dużymi literami, który kupił mi Rysiek na urodziny. Ale Marzena umie. I wściekła się.
“Mamo, on nas rozlicza jak podwykonawców” – powiedziała w sobotę, zmywając moje talerze. – “Ja tu przyjeżdżam w weekend, odkładam swoje życie, a on siedzi w Warszawie i wrzuca do tabelki dwieście złotych za magnez.”
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Bo Rysiek naprawdę płaci. Cztery lata już. Bez spóźnienia, bez wymówek. Przelew przychodzi pierwszego, jak zegarek. Ale kiedy dzwoni, to zawsze zaczyna od: “Mamo, wziąłaś ten lek, co ci zamówiłem? Bo on kosztował sto osiemdziesiąt złotych”. Nie pyta, jak spałam. Nie pyta, czy mnie coś boli. Pyta, czy wzięłam tabletkę za sto osiemdziesiąt złotych.
Marzena przyjeżdża w soboty o dziesiątej. Sprząta, gotuje rosół na trzy dni, miele marchewkę na sok, bo mi się tak podoba. Siedzimy razem, rozmawiamy. Ale od pół roku coś w niej pękło. Przyjeżdża z zaciśniętą szczęką. Raz usłyszałam, jak mówi do męża przez telefon: “Jadę do matki, jak co tydzień. Tak, wiem, że moglibyśmy jechać nad jezioro. Ale kto tam pojedzie, Rysiek z Warszawy?”
I wtedy zrozumiałam. Marzena nie przyjeżdża już z miłości. Przyjeżdża z poczucia winy i z pretensji do brata. A Rysiek nie płaci z troski. Płaci, żeby nie musieć przyjeżdżać. I oboje są na siebie wściekli, a ja jestem tym, o co się kłócą.
W Wigilię pękło. Przyjechali oboje – Rysiek z żoną i synem, Marzena z mężem. Postawiłam barszcz, uszka, karpia, kutię. Dwanaście potraw nie dam rady, ale sześć jeszcze mogę.
Przy stole Rysiek powiedział: “Marzena, chciałem porozmawiać. Mamo ma coraz większe potrzeby, a ty przyjeżdżasz raz w tygodniu na trzy godziny. Może warto pomyśleć o opiekunce na co dzień.”
Marzena odłożyła łyżkę. “A może warto pomyśleć o tym, żebyś ty się pokazał częściej niż dwa razy w roku? Opłata za mamę to nie to samo co opieka nad mamą.”
“Ja finansuję te leki od czterech lat.”