Mama przed śmiercią poprosiła, żebym nie oddawała jej telefonu bratu. Nie zapytałam dlaczego – myślałam, że już się myli. Po pogrzebie brat pytał o ten telefon trzy razy w ciągu tygodnia.

Telefon leżał w szufladzie mojej komody, pod swetrami, dokładnie tam, gdzie go schowałam tego samego wieczoru, kiedy mama o niego poprosiła.

Stary Samsung z pękniętą folią na ekranie i etui w kwiaty, które kupiłam jej dwa lata temu na Allegro. Nie miałam powodu go włączać. Nie miałam powodu o nim myśleć.

Do czasu.

Krzysztof zadzwonił pierwszy raz w środę, dwa dni po pogrzebie. Niby spokojnie, niby między słowami.

– Dorota, słuchaj, mama miała taki telefon, Samsung chyba. Nie wiesz, gdzie jest?

Powiedziałam, że nie wiem. Nawet nie musiałam kłamać z premedytacją – to wyszło odruchowo, jak zamknięcie drzwi przed przeciągiem. Coś mnie tknęło. Coś w jego głosie, w tym jak szybko o to zapytał. Jeszcze nie zdążyliśmy podzielić się wspomnieniami z pogrzebu, a on już szukał telefonu.

W piątek zadzwonił znowu.

– Wiesz co, pomyślałem, że mogła go zostawić w szpitalu. Dzwoniłem tam, ale mówią, że nie mają. Może jednak u ciebie?

– Sprawdzę – powiedziałam i znowu nie sprawdziłam.

W niedzielę przyjechał. Trzy godziny drogi z Wrocławia, bez zapowiedzi. Stanął w drzwiach w kurtce, nie zdejmując butów, jakby miał tylko wpaść na chwilę. Ale ja znałam tego człowieka pięćdziesiąt cztery lata – wiedziałam, że nie przyjechał na kawę.

– Dorotka, naprawdę potrzebuję tego telefonu – powiedział i pierwszy raz nie udawał, że pyta od niechcenia. – Mama miała tam moje zdjęcia. Chciałbym je mieć.