Zdjęcia. Człowiek, który przez ostatnie trzy lata odwiedził mamę może cztery razy, nagle potrzebował zdjęć z jej telefonu. Tak pilnie, że przyjechał w niedzielę bez uprzedzenia.
– Nie mam go – powiedziałam, patrząc mu prosto w oczy.
Krzysztof stał w przedpokoju jeszcze przez chwilę. Widziałam, jak zaciska szczękę. Potem włożył buty, które i tak miał na nogach, powiedział – no to cześć – i wyszedł. Nawet nie zapytał, jak się czuję. Nawet nie wspomniał o mamie.
Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. W szufladzie pod swetrami leżał telefon, który trzeci raz w ciągu tygodnia ktoś próbował ze mnie wyciągnąć.
Mama umarła szesnastego marca, w sobotę, w szpitalu na Staszica. Miała osiemdziesiąt dwa lata i raka, który zabrał ją w cztery miesiące, chociaż lekarze mówili, że ma dłużej. Przez ostatnie tygodnie byłam przy niej prawie codziennie – po pracy w sklepie papierniczym jechałam na oddział, siadałam przy łóżku, karmiłam ją jogurtem, bo nic innego nie chciała jeść.
Krzysztof dzwonił. Pytał, jak mama. Mówił, że przyjedzie w weekend. Czasem przyjeżdżał. Częściej nie.
To było tydzień przed śmiercią, kiedy mama złapała mnie za rękę mocniej niż zwykle. Patrzyła na mnie z taką intensywnością, jakiej nie widziałam u niej od lat – bo choroba zabrała jej większość sił, ale tamtego dnia oczy miała jasne.
– Dorotka – powiedziała. – Telefon mój. Ten z kwiatkami. Nie dawaj go Krzyśkowi. Schowaj u siebie.
– Dobrze, mamo – odpowiedziałam automatycznie, tak jak się mówi chorym ludziom, żeby ich uspokoić.
– Obiecaj – nalegała.
– Obiecuję.
Nie zapytałam dlaczego. Myślałam, że to choroba, leki, splątanie. Mama od tygodnia myliła dni, pytała o ojca, który umarł jedenaście lat temu. Uznałam, że telefon to kolejna rzecz, która w jej głowie nabrała nieproporcjonalnego znaczenia.
Zabrałam go z jej szafki nocnej następnego dnia. Schowałam w domu i zapomniałam.
Aż do środy po pogrzebie.
Po niedzielnej wizycie Krzysztofa nie mogłam spać. Leżałam w ciemności i myślałam o tym, jak stał w przedpokoju. O tym, jak mu drżała żuchwa. O tym, że przyjechał trzy godziny w jedną stronę po coś, co – według niego – zawierało zdjęcia.
Nikt nie jedzie trzech godzin po zdjęcia, które można sobie przesłać mailem.
W poniedziałek rano, zanim otworzyłam sklep, wyjęłam telefon z szuflady. Podłączyłam ładowarkę i czekałam, aż się włączy. Ekran zamigotał, pokazał datę – szesnasty marca, dzień śmierci mamy – i poprosił o PIN.
Cztery cyfry. Spróbowałam daty urodzin mamy. Nie pasował. Daty urodzin ojca. Nie pasował. Mój rok urodzenia – tysiąc dziewięćset sześćdziesiąt osiem. Telefon się odblokował.
Weszłam w wiadomości i zaczęłam czytać.
Krzysztof pisał do mamy regularnie. Nie tak, jak syn pisze do matki. Raczej tak, jak ktoś, kto prowadzi negocjacje i wie, że czas działa na jego korzyść.
Pierwszy SMS, który mnie zatrzymał, był z listopada.
– Mamo, rozmawialiśmy o tym. Dorotka ma męża i dom, ja zostałem sam po rozwodzie. To sprawiedliwe, żeby mieszkanie zostało mi. Wystarczy, że pójdziesz do notariusza.
Mama odpisała po dwóch dniach, krótkimi zdaniami, z błędami, jakie robi osoba, która ledwo widzi ekran.
– Krzyśku to jest wasze po rowno. Oboje jesteście moje dzieci.
– Ale mamo, ja potrzebuję bardziej. Dorotka sobie poradzi. Zawsze sobie radziła.
Takich wiadomości było kilkanaście. Cierpliwe, powtarzalne, jak krople drążące skałę. Krzysztof nigdy nie krzyczał, nie groził, nie stawiał ultimatum. On po prostu wracał do tematu co kilka dni, za każdym razem trochę inaczej, trochę z innej strony. Raz pisał o swoim zdrowiu. Raz o samotności. Raz o tym, że nie stać go na wynajem i może stracić dach nad głową. Wszystko sformułowane tak, żeby mama czuła się odpowiedzialna za jego sytuację.
Ani razu nie zapytał, jak się czuje.
Ani razu nie napisał – kocham cię.
Były tam też wiadomości z grudnia, kiedy mama leżała już w szpitalu. Krzysztof pisał, że znalazł notariusza, który może przyjść na oddział. Że to formalność. Że potem będzie miała spokój.
Mama nie odpisała na żadną z tych wiadomości. Zamiast tego poprosiła mnie o telefon.
Siedziałam na podłodze przy komodzie z tym Samsungiem w rękach i płakałam tak, jak nie płakałam na pogrzebie. Na pogrzebie byłam dzielna. Trzymałam się. Organizowałam stypę, odbierałam kwiaty, dziękuję, tak, mama miała spokojne odejście, dziękuję.
A teraz siedziałam na podłodze i płakałam, bo moja mama – chora, słaba, ledwo przytomna – walczyła z własnym synem o sprawiedliwość. Sama. Przez telefon. W SMS-ach pisanych trzęsącymi się palcami, z literówkami i bez polskich znaków. I nikt jej nie pomógł, bo nikt nie wiedział.
Nikt oprócz niej.