Zadzwoniłam do Krzysztofa tego samego dnia wieczorem.
– Znalazłam telefon – powiedziałam.
Cisza. Długa, pełna cisza, w której słyszałam jego oddech.
– I przeczytałam wiadomości.
– Dorota, posłuchaj…
– Nie – przerwałam mu. – To ty posłuchaj. Mama umarła, wiedząc, że jej syn próbuje ją oszukać. Umarła z tym. I jedyne, co mogła zrobić, to poprosić mnie, żebym schowała telefon. Czy ty rozumiesz, co jej zrobiłeś?
Krzysztof milczał. Potem powiedział coś, czego się nie spodziewałam.
– Ja nie chciałem jej skrzywdzić. Ja naprawdę nie mam gdzie mieszkać.
I w jego głosie było coś, co sprawiło, że na chwilę – na jedną krótką chwilę – poczułam nie złość, ale smutek. Bo to był mój brat. Ten sam chłopak, który w dzieciństwie bronił mnie przed psem sąsiada. Ten sam, który na moim ślubie płakał bardziej niż mama. I ten sam, który przez cztery miesiące choroby naszej matki myślał nie o niej, ale o mieszkaniu.
Nie odpowiedziałam mu wtedy. Odłożyłam słuchawkę.
Minęły dwa miesiące. Mieszkanie mamy stoi puste. Nie sprzedałyśmy go, nie wynajęłyśmy, nie podzieliłyśmy. Stoi z meblami, z firankami, z doniczkami, które podlewam co tydzień, bo mama by tego chciała.
Krzysztof nie dzwoni. Ja też nie dzwonię do niego.
Telefon z kwiatkami leży z powrotem w szufladzie pod swetrami. Czasem, kiedy otwieram komodę, widzę róg jego etui i myślę o mamie – nie o tej z ostatnich tygodni, wychudzonej i bladej, ale o tej, która trzęsącymi się palcami wystukiwała do syna, że kocha go, ale nie pozwoli mu skrzywdzić jego siostry.
Nie wiem, czy kiedykolwiek wybaczę Krzysztofowi. Nie wiem nawet, czy powinnam. Wiem, że mama wiedziała więcej, niż myślałam. Że do końca pilnowała sprawiedliwości na swój cichy, uporczywy sposób.
I że jedyną rzeczą, o którą poprosiła przed śmiercią, nie było “módl się za mnie” ani “nie płacz”. Była to prośba praktyczna, konkretna, twarda jak ona sama.
Schowaj mój telefon. Nie dawaj go bratu.