„TRZYMAJ SWÓJ ZAPACH BIEDĄ Z DALA OD SKÓRY, MAŁY SZCZURU” – syknął mój szwagier, a jego głos brzmiał jak ostre ostrze w ciszy holu. Nie zdawał sobie sprawy, że to ja płaciłem za każdy centymetr kwadratowy dachu nad jego głową, za samo powietrze, którym oddychał w tych murach, i za jedwabną toaletkę, którą nosił jak zbroję.
To kronika mojej własnej cichej wojny – podróży przez głęboką zdradę, toksyczną zgniliznę klasową we własnej krwi i ostateczną, zimną egzekucję sprawiedliwości. Przez lata byłem cichym filarem, podpalającym się, by ogrzać rodzinę. Nie zdawałem sobie sprawy, że dla nich nie byłem ogniem; byłem jedynie paliwem, które miało zostać strawione, aż pozostanie tylko popiół.
I. Iluzja Księcia
Wzgórza Greenwich w stanie Connecticut pachną jesienią w specyficzny sposób: mieszanką wilgotnej ziemi, palonego klonu i duszącego aromatu starych pieniędzy. Ale rezydencja pod adresem Ridgeview 144 pachniała jedynie pretensjonalnością i drogim cateringiem. Była to rozległa posiadłość ze szkła i wapienia warta 3,5 miliona dolarów, dom, który miał oznajmić światu, że rodzina Millerów w końcu się tu pojawiła.