Dałam ogłoszenie: pianino za darmo, bo po mnie nie ma komu grać. Zabrała je rodzina spod Siedlec, córka ośmiolatka. W grudniu przyszło zaproszenie na jej pierwszy popis, podpisane: “Hania od pani pianina”

Stało w rogu salonu od trzydziestu ośmiu lat – czarne, lakierowane, z wytartą do kości słoniowej literką “C” na klawiaturze. Calisia.

Kiedy przesuwałam palcami po wieczku, czułam każdą rysę, każdy ślad po filiżance herbaty, którą Staszek stawiał na nim mimo moich protestów. Teraz nikt nie stawiał filiżanek. Nikt nie grał. I ja wiedziałam, że muszę je oddać, zanim pianino zacznie umierać razem ze mną.

Ogłoszenie napisałam w niedzielę wieczorem, siedząc przy kuchennym stole z laptopem córki, który zostawiła mi “na wszelki wypadek” trzy lata temu. Trzy zdania. “Pianino Calisia, sprawne, nastrojone w zeszłym roku. Za darmo, pod warunkiem odbioru własnego. Lublin, Czechów.” Palec zawisł nad przyciskiem. Kliknęłam, zanim zdążyłam się rozmyślić.

Mam na imię Lucyna, skończyłam sześćdziesiąt osiem lat w marcu i całe życie uczyłam muzyki w szkole podstawowej numer siedem na Czechowie. Trzydzieści cztery lata przy tym samym pianinie w sali numer dwanaście, trzydzieści cztery lata tych samych gam, tych samych “Panie Tulipanie” granych jednym palcem przez przestraszone pierwszaki.

Przeszłam na emeryturę pięć lat temu, a dwa lata później umarł Staszek. Serce. Tak po prostu – wyszedł do sklepu po chleb i mleko, a wrócił w karetce, która już nie mogła nic zrobić.

Po Staszku zostało mi mieszkanie na trzecim piętrze, dwa pokoje z kuchnią, balkon z pelargoniami i pianino, na którym grałam coraz rzadziej. Syn Marcin mieszkał w Gdańsku z żoną i dwójką dzieci, przyjeżdżał na święta i Dzień Matki.

Dzwonił w niedziele. Mówił – mamo, może byś do nas na dłużej? A ja wiedziałam, że “na dłużej” znaczy tydzień, może dwa, a potem Kasia zacznie znacząco sprzątać pokój gościnny i pytać, czy nie tęsknię za swoim łóżkiem.

Nie żalę się. Marcin jest dobrym synem, tylko dorosłym. Ma swoje życie, swoje rachunki, swoją codzienność, w której ja jestem świątecznym gościem. Tak to wygląda i nie ma w tym niczyjej winy.

Ale pianino. Pianino było problemem.

Grałam na nim coraz mniej, bo po co? Dla kogo? Chopin w pustym mieszkaniu brzmiał jak wyrzut sumienia. Nokturny odbijały się od ścian i wracały do mnie jak echo czegoś, co już minęło.

Czasem siadałam na taborecie, kładłam ręce na klawiaturze i po prostu siedziałam, nie naciskając ani jednego klawisza. Staszek by się śmiał. – Lucynko, albo graj, albo wstań, bo wyglądasz jak pomnik – powiedziałby. Ale Staszka nie było.

Nastroiciel, pan Waldemar, przychodził raz w roku z przyzwyczajenia. Ostatnio spojrzał na mnie znad okularów i powiedział ostrożnie – pani Lucyno, instrument jest w dobrej formie, ale pianino musi żyć. Jak nie gra, to drewno inaczej pracuje. Wiedziałam, co miał na myśli. Wiedziałam to lepiej niż on.

Odpowiedzi na ogłoszenie przyszły szybciej, niż się spodziewałam. Pierwsza – student, który chciał je “rozebrać na części do projektu”. Odmówiłam, zanim skończył zdanie. Druga – para, która pytała, czy mogę jeszcze dopłacić za transport. Trzecia – kobieta, która pisała z błędami, ale za to z sercem.

“Dzień dobry, moja córka Hania ma 8 lat i bardzo chce grać na pianinie. Chodziła na keyboard w domu kultury ale to nie to samo. Mieszkamy pod Siedlcami. Mąż ma busa, możemy przyjechać w sobotę. Czy pianino jeszcze jest? Pozdrawiam, Agnieszka Kowal.”

Napisałam – jest. Przyjedźcie.

Przyjechali w sobotę przed południem – Agnieszka, jej mąż Darek i Hania. Hania miała warkocz, różową bluzkę z jednorożcem i oczy, które od progu poszły prosto do pianina jak magnes. Stanęła przed nim i dotknęła klawiatury jednym palcem. Cicho, niepewnie, jakby sprawdzała, czy wolno.

– Można? – zapytała, patrząc na mnie.

Kiwnęłam głową, bo głos mi się na chwilę gdzieś schował.

Nacisnęła klawisz. Potem drugi. Potem zagrała coś, co mogło być początkiem “Wlazł kotek na płotek”, ale urwała się po trzech dźwiękach i cofnęła ręce.

– Jeszcze się uczę – powiedziała przepraszająco.