Stałam obok i milczałam, obserwując, jak Łukasz krząta się wokół ciotki Ireny: odbiera od niej torbę, proponuje kapcie, poprawia dywanik w przedpokoju. Był niezwykle usłużny — ten sam człowiek, który dwa dni wcześniej nie potrafił zawieźć własnego syna do lekarza. — Nam tak się podoba — odpowiedział ciotce. — Latem wygodnie się tam siedzi. Irena prychnęła. — Podoba? Wiatr, kurz, deszcz. Eliza, przecież całymi dniami siedzisz w domu, mogłaś już dawno zająć się tą sprawą. Spojrzałam na nią i spokojnie się uśmiechnęłam. — Nie siedzę całymi dniami w domu. Pracuję zdalnie, zajmuję się dzieckiem i domem. A balkon nam odpowiada. Ciotka zatrzymała na mnie wzrok, jakby nie spodziewała się odpowiedzi. — Ja tylko powiedziałam. Młodym gospodyniom czasem warto coś podpowiedzieć. — Jeśli będę potrzebowała rady, na pewno zapytam — odparłam równie spokojnie. Łukasz rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie, ale odwróciłam się i wzięłam Oskara za rękę. Przez pierwsze dwa dni Irena zachowywała się tak, jakby przyjechała nie w gości, lecz odebrać mieszkanie po remoncie. Nie podobały jej się moje zasłony, ustawienie kubków, zupa bez odpowiedniej ilości soli ani to, że Oskar chodził spać o dziewiątej, a nie „kiedy sam padnie”. Szczególnie drażniło ją, że nie zrywałam się na każde jej zawołanie. — Eliza, gdzie macie ręczniki? — W szafce w łazience, na drugiej półce.
— A nie możesz mi ich przynieść? — Właśnie usypiam Oskara. Szafka jest otwarta. Demonstracyjnie wzdychała. Łukasz w takich chwilach marszczył się, jakbym sprawiała mu osobistą przykrość. Trzeciego wieczoru wróciłam ze sklepu z ciężkimi torbami. Oskar marudził, bo był zmęczony, a na dworze zaczął padać deszcz. Łukasz siedział w salonie z Ireną i oglądał jakiś serial. Postawiłam torby na podłodze, zdjęłam mokrą kurtkę i usłyszałam: — Eliza, zrób nam herbatę. I znajdź coś do herbaty. Zastygłam. Potem powoli odwróciłam się do męża. — Łukasz, widzisz, że dopiero weszłam? — Przecież zaparzenie herbaty nie trwa długo — odpowiedział z irytacją. — Ciotka jeździła po lekarzach, jest zmęczona. — Ja też byłam z dzieckiem, torbami i na deszczu. Siedzisz bliżej czajnika. Proszę, zrób ją sam. W salonie zapadła cisza. Irena zacisnęła usta, a Łukasz wstał tak gwałtownie, że koc zsunął mu się z kolan. — Rozmawiaj normalnie przy gościach. — Rozmawiam normalnie. Ale nie jestem służącą. Ani twoją, ani niczyją. — No właśnie — wtrąciła się Irena. — Łukasz, mówiłam ci: kobiecie nie można dawać zbyt wiele swobody, bo przestaje szanować męża.