Poranek zaczął się zbyt spokojnie — niemal podejrzanie. Łukasz obudził się przed budzikiem, przeciągnął się i z zadowoleniem uśmiechnął. Wczorajszą rozmowę już w myślach zamknął: wszystko poszło idealnie, bez awantury. Wyszedł do przedpokoju — i zamarł. Plecak stał na swoim miejscu. Ale wyglądał… inaczej. — Emilia? — zawołał. Wyszła z kuchni z kubkiem kawy. Spokojna. Zebrana. Obca. — Rozpakowywałaś mój plecak? — Trochę — odpowiedziała. — To znaczy „trochę”? Gwałtownie rozpiął zamek. Pauza. — Gdzie są moje rzeczy? — Zrobiłam ci jedną „przyjemność” — powiedziała cicho Emilia. Podniósł na nią wzrok. — Co to ma znaczyć? — To znaczy, że nigdzie nie jedziesz. — Jak to?! — Dosłownie. Sam powiedziałeś, że góry nigdzie nie uciekną. Łukasz parsknął z irytacją. — Bardzo śmieszne. Oddaj rzeczy. — Nie. — Emilia, przestań. To już jest dziecinada. Odstawiła kubek. — Dzisiaj wyjeżdżam. — Dokąd? — W góry. Mrugnął. — Sama? — Tak. — Mówisz poważnie? — Całkowicie. Nerwowo przeczesał włosy dłonią. — Oszalałaś? Przecież planowaliśmy to razem! — My — tak. Ty — nie. — Wyjaśniłem ci sytuację! — Nie — przerwała mu spokojnie. — Skłamałeś. Cisza. — Co? — O stawach. O pilnej potrzebie. O wszystkim. Twarz Łukasza drgnęła. — Ty… czytałaś mój telefon? — Tak. — To akurat jest… — Nie teraz, Łukasz. Spojrzała mu prosto w oczy. — Z góry założyłeś, że „uwierzę” i „nie zrobię awantury”. Milczał. — Miałeś rację. Awantury nie będzie. — To w czym problem? — W tym, że nie będę już żyła tak, jak tobie wygodnie. Uśmiechnął się krzywo, lecz niepewnie. — I co teraz? Robisz dramat przez jedną sytuację? — To nie jest jedna sytuacja.
— Oddałem pieniądze na nasz urlop mamie — oznajmił mąż. — A ja też zrobiłam ci jedną „przyjemność”…