— Oddałem pieniądze na nasz urlop mamie — oznajmił mąż. — A ja też zrobiłam ci jedną „przyjemność”…
Mówiła cicho, ale każde słowo brzmiało wyraźnie. — To dwa lata. To buty. To dorabianie po godzinach. To „wytrzymaj”. To „później”. To „przecież rozumiesz”. Odwrócił wzrok. — Przesadzasz. — Nie. Wreszcie widzę. Pauza. — Jadę w góry — powtórzyła. — Za swoje pieniądze. Ze swoim czasem. Ze swoim życiem. — A ja? — Ty już dokonałeś wyboru. Gwałtownie wypuścił powietrze. — I co dalej? Wrócisz, a my będziemy udawać, że nic się nie stało? Emilia lekko się uśmiechnęła. — Nie. — To co? — Kiedy wrócę, zdecydujemy, czy w ogóle chcemy dalej żyć razem. Zastygł. — Mówisz poważnie? — Tak. Włożyła adidasy. Te same. Stare. — Emilia… Nagle zabrzmiał inaczej. — Nie sądziłem, że ty… — Właśnie — powiedziała łagodnie. — Nie myślałeś. Wzięła plecak. Lekki. Swój. — I tak — dodała przy drzwiach. — Termos też zabrałam. — Serio? — Całkowicie. Przez sekundę przemknął między nimi niemal dawny uśmiech. Ale od razu zniknął. Drzwi się zamknęły. Łukasz został sam. W kuchni. Z zimnym kurczakiem. I nagłą ciszą. A Emilia szła już na przystanek autobusowy. Słońce dopiero wschodziło. Przed nią były góry. Prawdziwe. I po raz pierwszy od dawna — jej własne życie. Dwa tygodnie później wróciła. Opalona. Zmęczona. Spokojna. Łukasz przywitał ją w milczeniu. — I co? — zapytał. Emilia postawiła plecak. Zastanowiła się. — Złożyłam wniosek o separację — powiedziała. Zamknął oczy. — Rozumiem. Skinęła głową. — Teraz już tak. I w tym „rozumiem” po raz pierwszy nie było pustki.