Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem po powrocie do domu, po sześciu latach wyczerpującej pracy w Paryżu, nie był mały, jasny, kamienny dom z bladoniebieskimi okiennicami, który kupiłem, żeby moi rodzice mogli w końcu spokojnie się zestarzeć.
Nie był to też zadaszony taras, o którym zawsze marzyła moja matka, ten, gdzie, jak mówiła, chciałaby co wieczór siedzieć z gorącą herbatą ziołową, z różańcem w palcach, podczas gdy słońce chowało się za wzgórzami Périgord.
Nie był to sad, za który zapłaciłem, żeby mój ojciec nigdy więcej nie musiał wynajmować się innym, w swoim wieku, za kilka zmiętych banknotów i garść wstydu.
Nie.
Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem, był mój ojciec zamiatający podwórko w upale lipcowego słońca, jak człowiek, który przestał oczekiwać od kogokolwiek życzliwości.
Koszulę miał przesiąkniętą potem.
Pięć miał zgarbionych pleców.