Lato 1680 roku nie tylko zwaliło się na Madryt; zwaliło się na rozległe, labiryntowe sale Alkazaru z miażdżącym, duszącym ciężarem fizycznego ciosu. W rozległych, zacienionych korytarzach pałacu królewskiego zastałe powietrze uparcie odmawiało posłuszeństwa. Zawisło ciężkie i gęste, przesiąknięte przytłaczającą, mdłą wonią rozgniecionej lawendy, destylowanej wody różanej i czegoś jeszcze – czegoś wyraźnie, przerażająco złowrogiego, co czaiło się tuż pod delikatną, kwiatową powłoką. Nie tylko nieustępliwy, przytłaczający upał iberyjskiego słońca skłaniał odzianych w aksamit dworzan do subtelnego, niespokojnego unoszenia jedwabnych chusteczek do drżących nosów. Nie była to też upalna temperatura, która sprawiała, że wysoko urodzeni szlachcice instynktownie, niemal z lękiem, chowali się w cieniu za każdym razem, gdy zbliżała się młoda księżniczka. Wyczuwalny prąd strachu i chorobliwej ciekawości poprzedzał ją, niesiony panicznym oddechem pałacowej elity. Rozpaczliwe, przytłumione szepty przemykały się niczym żmije przez ozdobne galerie, podążając za każdym jej bolesnym krokiem.
„Jej królewska wysokość idzie korytarzem.”