Wysoko nad dusznymi kuchniami, bezpiecznie zamknięta w swoich prywatnych, ciężko zasłoniętych komnatach, Margarita Teresa stała zupełnie nieruchoma, niczym tragiczna porcelanowa lalka. Liczne towarzyszki krążyły wokół niej w wyćwiczonym, milczącym szale, starannie ją ubierając na zbliżającą się oficjalną audiencję. Gorzkie, piekące łzy cicho zasłaniały jej wzrok, zbierając się w kącikach oczu, ale posiadała żelazną dyscyplinę monarchini; nie wydawała absolutnie żadnego dźwięku.
Agresywnie nakładali grubą warstwę białego, ołowianego proszku na jej chorobliwą, bladą skórę, desperacko próbując ukryć prześwitujące żyły. Skrupulatnie malowali jej obwisłe usta jaskrawą, karmazynową różem i obsypywali jej delikatną, drżącą szyję olśniewającymi klejnotami, które przynosiły jej fortunę. Ale absolutnie nic, żadna ilość jedwabiu, złota ani kosmetycznych sztuczek, nie mogło zamaskować brutalnej prawdy o jej istnieniu.
Wysokie, złocone lustro pośrodku pokoju bezlitośnie odbijało jej rzeczywistość. Wpatrywała się w nią nieomylna, groteskowa szczęka Habsburgów, wystająca i zdeformowana. Nad nią widniały głęboko zapadnięte, wyczerpane oczy, świadczące o nieustannym cierpieniu, a skóra była tak niesamowicie przezroczysta, tak całkowicie pozbawiona naturalnego koloru, że wydawała się wręcz nieziemska, granicząca z nienaturalnością.
„Wasza Wysokość, ambasador czeka.”
Szambelan ostrożnie oznajmił z wielkich drzwi, celowo zachowując dystans i niezwykle uważając, aby nie wdychać zbyt głęboko powietrza w jej pokoju.
Margarita powoli, z rozmysłem wciągnęła ciężkie, pachnące powietrze, zamykając oczy na ułamek sekundy. Uspokajała się, zbierała w sobie resztkę odwagi, dokładnie tak, jak surowo i nieubłaganie uczono ją od najmłodszych lat. Zmusiła obolałe ciało do wyprostowania postawy, z rozmysłem uniosła ciężki, zdeformowany podbródek, by stawić czoła światu i przywołała każdą uncję dzikiej, imperialnej dumy, której tak bardzo oczekiwano od jej krwi.
„Wpuść go.”