Ale jego desperackie słowa ostrzeżenia zostały arogancko zignorowane. Dumna hiszpańska korona świadomie wybrała iluzję dziedzictwa zamiast konieczności ostrożności; wybrała mit absolutnej czystości zamiast prostej, biologicznej rzeczywistości przetrwania. A teraz ponure, gnijące konsekwencje tej zgubnej arogancji unosiły się niczym odrażające widmo w każdym złoconym korytarzu, każdej zacienionej wnęce i każdej jedwabnej sypialni wielkiego pałacu.
W dusznych, przepastnych głębinach pałacowych kuchni, z dala od złota i gobelinów, starsza kucharka imieniem Maria stała przed huczącym paleniskiem. Grubymi, zrogowaciałymi dłońmi metodycznie mieszała gęstą, ostrą mieszankę ziołową w masywnym, parującym żeliwnym garnku. Była stałym elementem dolnego pałacu, kobietą, która wiernie służyła trzem kolejnym pokoleniom skazanych na zagładę Habsburgów. Przez dekady widziała o wiele za wiele, by kiedykolwiek dać się oślepić majestatowi korony. Znała mroczną, niezaprzeczalną prawdę o królewskim rodowodzie, nawet jeśli absolutnie nikt w królestwie nie odważył się wypowiedzieć jej na głos z obawy przed Inkwizycją lub katem.
Rozgniatając świeże gałązki rozmarynu i gorzkiego tymianku na grubą, oleistą pastę w ciężkim moździerzu, skrupulatnie przygotowywała kolejny, bezskuteczny środek dla cierpiącej księżniczki.
„Biedna dziewczyna.”
Cicho wyszeptała te słowa, a para unosząca się z kotła maskowała jej smutny wyraz twarzy.
„To nie jej wina, że się taka urodziła”.
Nagle ciężkie dębowe drzwi kuchni otworzyły się z hukiem, przestraszając personel. Do środka wpadł wysoki zarządca pałacu, z zaczerwienioną twarzą, a krople nerwowego potu lśniły mu na skroniach w blasku ognia.
„Czy jest gotowe?”
— zażądał, a jego głos drżał od słabo skrywanej paniki.
„Jej wysokość wkrótce przyjmie ambasadora Francji”.