Nauczyciel nalegał łagodnie, usiłując z całych sił wcisnąć uspokajający, dodający otuchy spokój do swojego napiętego głosu.
Carlos powoli mrugał, a jego ciężkie powieki opadły. Wpatrywał się tępo w skomplikowany atrament na stronie przez długą chwilę, zanim jego rozproszony wzrok powoli, nieuchronnie powędrował w stronę wielkiego, szklanego okna. Na zewnątrz, w jasnych, rozświetlonych słońcem ogrodach pałacowych, świat tętnił życiem. Zdrowe, pełne życia dzieci biegały swobodnie po wypielęgnowanych trawnikach. Byli uprzywilejowanymi synami arystokratów – silnymi, niesamowicie szybkimi, promiennie zdrowymi, tryskającymi życiem i wigorem. Byli absolutnie wszystkim, czym on, przyszły król Hiszpanii, nie był.
Nigdy nie przyłączył się do nich w ich zabawach. Wiedział, z cichą, rozdzierającą serce rezygnacją skazanego na zagładę dziecka, że nigdy nie będzie mógł. Jego niewiarygodnie kruche, złamane ciało na stałe uwięziło go w tych ciemnych, ozdobnych, dusznych pokojach. Był nadmiernie chroniony przed nawet najmniejszym, najdrobniejszym zagrożeniem. Lekarze jasno dali mu do zrozumienia: zwykła, przemijająca choroba, zwykłe przeziębienie złapane na wietrze, mogło go z łatwością zabić. A jednak, przerażająco majacząc w oddali, cała przyszłość, ciężar i przetrwanie globalnego Imperium Hiszpańskiego spoczywały całkowicie, niepewnie na jego kruchych, drżących ramionach.
W innym, znacznie bardziej surowym skrzydle rozległego pałacu, z dala od duszącego, emocjonalnego napięcia królewskich komnat dziecięcych, król Filip IV zasiadał sztywno w radzie. Ciężki, nieustępliwy ciężar wieku wyraźnie przytłoczył go do zaledwie cienia dawnego siebie. Jego niegdyś górująca, dominująca postawa, która niegdyś onieśmielała ambasadorów i generałów, całkowicie złagodniała, stając się czymś znacznie spokojniejszym. Wyglądał na głęboko zmęczonego, głęboko przytłoczonego, człowieka dźwigającego ciężar umierającego świata.
Niekończąca się, krwawa wojna z agresywną Francją całkowicie opróżniła niegdyś przepełniony skarbiec Hiszpanii, pozostawiając po sobie górę miażdżących długów. Za oceanem, tętniące życiem, przynoszące bogactwo kolonie w Nowym Świecie szybko nabierały niepokoju i buntu, niezadowolone z słabnącej władzy korony. Handel międzynarodowy na pełnym morzu straszliwie zawodził. Niegdyś niezwyciężone imperium gwałtownie drżało na krawędzi całkowitego upadku. Ale absolutnie żaden z tych ogromnych, geopolitycznych problemów nie ciążył na sercu starzejącego się monarchy tak mocno i przerażająco, jak jedno proste, nieuniknione, przerażające pytanie, które prześladowało go w każdej chwili czuwania.
Co się stanie z jego przeklętą linią krwi?
„Wasza Wysokość musi rozważyć zorganizowanie małżeństwa dla księcia Carlosa”.
Powiedział to książę Medina Celi, potężny i pragmatyczny premier, którego głos przebił się przez ciężką ciszę sali obrad.
„Jest młody, to prawda, ale zapewnienie sobie sukcesji nie może czekać”.