Aromatyczna mgła została gwałtownie przytłoczona, całkowicie pochłonięta przez nieuniknioną rzeczywistość królewskiego cierpienia. Mając zaledwie dziewiętnaście lat, księżniczka Małgorzata Teresa – tragiczna córka króla Filipa IV Hiszpanii i siostrzenica własnej matki, Mariany Austriackiej – niosła ze sobą odór tak absolutnie przytłaczający, tak głęboko nienaturalny, że bezlitośnie przebijał nawet najwspanialsze, najdroższe perfumy, jakie mógł zdobyć hiszpański dwór. Był to zapach, który sprzeciwiał się boskiemu prawu królów. Przerażone szepty w najciemniejszych zakamarkach dworu porównywały smród do mdłej mieszaniny gnijących, wypalonych na słońcu ryb z duszącym, ziemistym posmakiem wilgotnej, prastarej pleśni.
Nieważne, jak obsesyjnie i często młoda królewska żona się kąpała, nieważne, jak przesadnie rzadkie olejki, importowane egzotyczne przyprawy czy desperackie apteczne środki hojnie nakładano na jej bladą skórę, odrażający zapach zawsze, nieuchronnie, z impetem powracał. Przylgnął do jej duszy. Był tylko jednym z objawów, okrutnym, nieustępliwym i całkowicie nieukrywanym znakiem o wiele mroczniejszej, o wiele głębszej klątwy, która bezlitośnie nękała jej legendarny ród przez bolesne pokolenia.
Niegdyś potężny ród Habsburgów, władcy znanego świata, od dawna i świadomie praktykował mroczną, izolacjonistyczną sztukę małżeństw między szokująco bliskimi krewnymi. Wujowie byli związani z siostrzenicami świętym węzłem małżeńskim; kuzyni pierwszego stopnia żenili się w wielkich katedrach; krewni byli ze sobą związani boleśnie, dusząco blisko. Wszystko to było zorganizowane w desperackiej, obsesyjnej i ostatecznie zgubnej próbie nieustępliwego utrzymania absolutnej władzy i rozległych, rozległych posiadłości. Niszczycielski koszt tej aroganckiej obsesji na punkcie czystości krwi nie był już ukryty w tajnych księgach ani szeptanych plotkach; był teraz wypisany jasno, groteskowo i bezlitośnie w wypaczonym ciele i podupadającym zdrowiu ich własnych, skazanych na zagładę ciał.
Z drugiej strony wielkiej, rozbrzmiewającej echem komnaty, starzejący się malarz dworski, Don Diego Velázquez, obserwował jej odejście z ciężkim sercem. Jego bystre oczy, zachowujące całą swoją błyskotliwą jasność pomimo ciężaru podeszłego wieku, były cichym, tragicznym świadkiem powolnej, bolesnej transformacji tej rodziny królewskiej. Przez dekady stał przed swoim płótnem, z zadaniem uwiecznienia ich. Malował ich w całej ich surowej, ceremonialnej chwale, starannie nakładając jaskrawe pigmenty, by emanować imperialną niezwyciężonością. A jednak widział to wszystko. Widział, tuż pod pudrową powierzchnią i lśniącymi klejnotami, ich stały, przerażający upadek.
Każde kolejne pokolenie nosiło przerażające ślady swojego rodu wyraźniej i agresywniej niż poprzednie. Zaczęło się od wystających szczęk, które nie pasowały do naturalnego kształtu ludzkiej czaszki, grubych, ciężkich warg, które zwisały luźno, agresywnie haczykowatych nosów, które dominowały na ich twarzach, a teraz przerodziło się w dziwne, niewytłumaczalne, przerażające dolegliwości, których nie byli w stanie wyleczyć nawet najwybitniejsi, najbardziej wykształceni lekarze w całej Europie.
Wyraźnie pamiętał zimny wieczór sprzed lat, kiedy cicho usłyszał naczelnego lekarza królewskiego, Luisa Mercado, mówiącego ściszonym, przerażonym głosem. Lekarz nazwał to najwyższą ceną czystości krwi. To mrożące krew w żyłach zdanie wryło się w pamięć malarza i nigdy go nie opuściło. Wiele lat wcześniej, powodowany głębokim poczuciem obowiązku lekarskiego i narastającym przerażeniem, Mercado śmiało napisał ponure ostrzeżenie, obszerny traktat medyczny o złowieszczym tytule „ Morbus Hereditas” , skrupulatnie opisując katastrofalne biologiczne zagrożenia wynikające z ich nieustannego chowu wsobnego.