Powiedziała, a jej słowa odbiły się echem w cichym pokoju. W jej głosie słychać było sztuczną stanowczość, której zupełnie nie czuła.
Gdzieś w rozległym, mrocznym pałacu, całkowicie odizolowany w swoim własnym, tragicznym świecie, jej młodszy brat Carlos siedział ciężko przy masywnym dębowym biurku. Miał zaledwie dwanaście lat, a już był niekwestionowanym następcą potężnego hiszpańskiego tronu, imperium, nad którym słońce rzekomo nigdy nie zachodziło. Siedział żałośnie pochylony nad otwartą, iluminowaną książką. Jego oddany nauczyciel stał obok niego, cierpliwie, delikatnie, lecz z całkowitą beznadziejnością próbując nauczyć chłopca czytania najprostszych tekstów.
Carlos toczył nieustanną, bolesną walkę z własną biologią. Z trudem formułował nawet najprostsze, najbardziej podstawowe słowa. Jego przerośnięty język, zbyt duży dla jego ust, w połączeniu z radykalnie zdeformowaną szczęką sprawiał, że wyraźna, zrozumiała mowa była niemal fizycznie niemożliwa. Jego wątłe nogi, mocno osłabione i wygięte przez ciężką krzywicę, leżąc pod biurkiem, sprawiały mu ciągły, promieniujący ból, którego ledwo mógł wyrazić słowami. Przerażające, gwałtowne ataki padaczkowe napadały na niego często i bez najmniejszego ostrzeżenia, wpędzając dwór w stan nieustannej paniki. A intelektualnie, tragicznie, pozostawał daleko w tyle za każdym normalnym chłopcem w jego wieku, a jego umysł był zaćmiony niszczycielskim dziedzictwem genetycznym jego przodków.
„Wasza Wysokość, spróbujmy jeszcze raz.”