Śmiało pisał w swoim sekretnym dzienniku, a odgłos stukotu jego pióra rozbrzmiewał głośno w cichym, napiętym pomieszczeniu.
„To struktura. Wynik wielokrotnych związków w obrębie tej samej krwi”.
Jego niewiarygodnie niebezpieczne, naukowe idee były absolutnie radykalne. Wyprzedzały one o wiele, wiele za bardzo swoje przesądne, głęboko religijne czasy. Ale gdy wpatrywał się w słowa, które właśnie napisał, dreszcz przebiegł mu po plecach, ponieważ wiedział z absolutną, niezaprzeczalną pewnością, że ma rację. Habsburgowie sami się zniszczyli.
Następnego zimnego, szarego poranka, potężny, rozległy pałac natychmiast zawrzał cichą, przerażającą, elektryzującą spekulacją. Nie rozległo się żadne oficjalne, głośne potwierdzenie okrzyków z balkonów. Nie było publicznej, radosnej inspekcji pościeli małżeńskiej, co było niekiedy ordynarnym zwyczajem epoki. Ale mroczna, druzgocąca prawda nie potrzebowała żadnego oficjalnego herolda, by się rozprzestrzenić; rozprzestrzeniała się szybko, bezszelestnie, niczym śmiertelna, niewidzialna trucizna wśród szeregów przerażonych sług i zaniepokojonych, szepczących arystokratów.
Święte królewskie małżeństwo całkowicie, zupełnie nie zostało skonsumowane.
A w ciężkiej, duszącej, przerażającej ciszy, która zapadła natychmiast po tym uświadomieniu, głęboki, zmieniający świat strach zaczął gwałtownie narastać i zakorzeniać się w sercach każdego Hiszpana. Na rozległej, skomplikowanej politycznej szachownicy Europy miliony oczu nagle, chciwie, zwróciły swój niewzruszony wzrok ku krwawiącemu sercu Hiszpanii. Bo teraz przerażające, nieuniknione pytanie na ustach każdego króla, każdego ambasadora i każdego generała nie było już pytaniem o to, czy potężna, skazana na zagładę dynastia Habsburgów w końcu dosięgnie swojego tragicznego, biologicznego końca.
Pozostało tylko pytanie: kiedy.