Quevedo cicho wypuścił powietrze, a jego oddech niósł ciężar człowieka, który był świadkiem zbyt wielu wydarzeń w historii.
„To ciężar umierającego rodu. Żadna korona go przed tym nie uchroni”.
„Myślisz, że on rozumie?”
Młody, naiwny człowiek zapytał cicho, patrząc na poetę szeroko otwartymi oczami.
„Wystarczająco, żeby to poczuć.”
Quevedo odpowiedział głosem przepełnionym głębokim, gorzkim smutkiem.
„Ale nie na tyle, żeby dostrzec ironię.”
Gdzieś w tej ogromnej, zatłoczonej sali, pośród głośnej muzyki i śmiechu, okrutne, okrutne szepty rozprzestrzeniały się szybko i cicho w ciemnościach niczym zaraza.
„Królowa się boi”.
Jedna młoda, spostrzegawcza służąca coś nagląco mówiła do swojej starszej matki, gdy niosły puste srebrne tace w stronę kuchni.
„Nie tutaj.”