Francja już agresywnie przygotowywała się na tę nieuchronność. Przebiegły król Ludwik XIV spędził długie, cierpliwe lata, skrupulatnie przygotowując zdradliwe podwaliny pod swoje wielkie przejęcie władzy. Budował tajne sojusze wojskowe, prowadził tajne, zakulisowe negocjacje i szeptał ciche, zdradzieckie obietnice bogactwa hiszpańskiej arystokracji. Francuskie sępy po prostu czekały. Cierpliwie, łakomie czekały na ten właśnie, nieunikniony moment, w którym wielkie Imperium Hiszpańskie w końcu, definitywnie, padnie na kolana.
Głośna, żywiołowa muzyka nagle wypełniła wielką salę, gdy kilkunastu utalentowanych muzyków zaczęło energicznie grać na lutniach i violach. Setki elegancko ubranych dworzan z gracją wstało od stołów, by zatańczyć pod masywnymi kryształowymi żyrandolami.
Carlos pozostał zakotwiczony na swoim ciężkim, drewnianym tronie. Siedział niewiarygodnie sztywno, zupełnie nieruchomo obok swojej olśniewającej nowej królowej. Maria Luiza, choć wyraźnie głęboko wstrząśnięta koszmarem tego dnia, z impetem zachowała swój absolutny, królewski spokój. Zmuszała się do łagodnego uśmiechu do przechodzących arystokratów, mówiła cicho, okazywała uprzejmość ambasadorom i bezbłędnie, posłusznie wypełniała swoją wymaganą rolę idealnej królewskiej panny młodej.
Nieopodal, opierając się ciężko o rzeźbioną marmurową kolumnę, stary, cyniczny poeta o imieniu Don Francisco de Quevedo uważnie obserwował tragiczną, dziwaczną scenę swoimi niezwykle przenikliwymi, głęboko świadomymi oczami.
„Spójrz na króla.”
Zamruczał cicho, szturchając przystojnego, młodszego szlachcica stojącego obok niego.
„Widzisz to?”
Młody mężczyzna zmrużył oczy, uważnie studiując bladą, wiotką twarz Carlosa przez dłuższą chwilę, po czym powoli skinął głową w geście głębokiego zrozumienia.
„Jest smutek i coś pustego.”