“Naprawdę rozwalisz ślub przez psa?” — zapytał Seweryn.
Stałam w kuchni z obrożą Archiego w ręce.
Do tamtej chwili jeszcze myślałam, że znam człowieka, za którego za cztery dni mam wyjść.
Na piekarniku było 16:38. Zapamiętałam to jak idiotka. Do dziś pamiętam. Na stole leżały koperty z nazwiskami gości, plan sali, rachunek z restauracji i telefon, który co chwilę pikał od wiadomości. Jutro miał być obiad z jego rodzicami. Myłam kieliszki, bo pani Aldona na pewno podniosłaby szkło pod światło i znalazła smugę.
Zahaczyłam stopą o torbę. Coś w niej zadzwoniło.
Od razu zajrzałam do środka, bo znałam ten dźwięk za dobrze.
Na wierzchu leżała obroża Archiego.
Samego Archiego w domu nie było.
Pod obrożą była jego miska, smycz, paczka tabletek, stara zabawka i książeczka zdrowia. Najpierw tylko stałam i patrzyłam. Piana kapała mi z rąk na podłogę, sos na kuchence bulgotał już za mocno, ale nie ruszałam się.
“Seweryn, gdzie jest Archi?”
Zdjął płaszcz, powiesił go na krześle i spojrzał na garnek.
“Wyłączyłaś gaz?”