Ja trzymałam obrożę. On patrzył na sos. I to mnie dobiło.
“Gdzie jest pies?”
Potarł nasadę nosa.
“Jagoda, tylko nie zaczynaj.”
“Gdzie jest Archi?”
“Odwiozłem go.”
Nie zrozumiałam. To znaczy usłyszałam, ale nie zrozumiałam.
“Dokąd odwiozłeś?”
“W miejsce, gdzie się nim zajmą.”
Wyciągnęłam torbę na środek kuchni i wysypałam wszystko na podłogę. Miska potoczyła się pod szafkę, tabletki rozsypały, książeczka zdrowia upadła przy mojej stopie. Seweryn zrobił krok, jakby chciał podnieść papiery, ale byłam szybsza.
“Co to za miejsce?”
“Schronisko. Normalne schronisko. Nie rób takiej miny.”
“Oddałeś Archiego do schroniska?”
Powiedział zwyczajnym głosem:
“Nie grzeb w tym, Jagoda. To psie graty.”
Psie graty.
Tak nazwał miskę, którą Archi codziennie rano popychał nosem. Tabletki, które kupowałam mu według rozpiski. Zabawki, których już nie gryzł, ale wciąż nosił za sobą. Książeczkę, gdzie było całe jego życie: szczepienia, zabiegi, wpisy doktora Madeja, krzywe pieczątki, mój numer telefonu na starej stronie.
Archi miał jedenaście lat. Był ciężki, kulał na tylną łapę i po deszczu pachniał tak, że chciało się otwierać wszystkie okna. Pił wodę i zalewał pół kuchni. Liniał przez cały rok. Znajdowałam sierść nawet w szufladzie ze sztućcami. Tabletki wypluwał jak magik. Raz znalazłam tabletkę w kapciu i krzyknęłam:
“Archi, ty sobie żarty robisz?”
Siedział obok i udawał, że to wcale nie on.
Ja też nie byłam święta. Czasem skomlał w nocy, a ja leżałam i złościłam się. Nie na chorobę, nie na starość. Na niego. Potem wstawałam, szukałam leku, ogrzewałam mu posłanie i nienawidziłam samej siebie. Bywało, że zamykałam drzwi do sypialni, żeby nie słyszeć, jak chodzi po korytarzu. Bywało, że zazdrościłam ludziom, którzy po prostu jadą na weekend, a nie szukają kogoś, kto poda staremu psu tabletkę rano i wieczorem.
Mogłam się złościć. Mogłam burczeć. Mogłam powiedzieć mu coś za ostro i potem przepraszać, kiedy wciskał nos w moją dłoń.
Ale nie wyniosłabym go z domu po cichu.