Podniosłam książeczkę zdrowia. Otworzyłam pierwszą stronę i zobaczyłam rubrykę.
Opiekun: Seweryn K.
Najpierw uznałam, że źle czytam. Kartka drżała mi w dłoni, litery skakały.
“Dlaczego tu jesteś ty?”
Seweryn nalał sobie kawy z ekspresu. Tak. Kawy. Stałam wśród rzeczy Archiego, a on czekał, aż filiżanka się napełni.
“Bo tak wpisali.”
“Dlaczego tak wpisali?”
“Serio nie pamiętasz?”
Nie pamiętałam. Potem przypomniałam sobie.
Siedem lat temu zabieraliśmy Archiego ze schroniska pod Kaliszem. Wtedy jechaliśmy tylko “zobaczyć”. Archi był już dorosły, duży, z ciężkim pyskiem i takimi oczami, jakby z góry na nikogo nie czekał. Zatrzymałam się przy jego boksie i powiedziałam:
“Zapytajmy o tego.”
Seweryn wtedy jeszcze się śmiał, kiedy Archi wsadził mu nos do kieszeni. Miał tam rogalika, oczywiście. Archi zawsze znajdował jedzenie szybciej niż ludzie.
W biurze trzeba było opłacić adopcję. Moja karta nie przeszła. Stałam czerwona, grzebałam w portfelu, otwierałam aplikację banku i było mi strasznie wstyd przed kobietą za biurkiem. Seweryn wyjął swoją kartę i powiedział:
“Jakie to ma znaczenie, przecież jesteśmy razem.”
Podziękowałam.
Podpisaliśmy dokumenty tam, gdzie nam pokazali. Nie czytałam każdej linijki. Tak, idiotka. Wiem. Ale wtedy myślałam tylko o tym, że Archi jedzie do domu. Nawet nie sprawdziłam, kogo wpisano jako opiekuna.
A trzeba było. Bardzo trzeba było.
“Wiedziałeś przez cały ten czas, że w papierach on jest twój?” — zapytałam.
“Jagoda, to pies. Nie mieszkanie.”
“Wiedziałeś?”
Wziął łyk kawy, oparzył się i skrzywił.
“Wiedziałem. I co?”
“Dlatego uznałeś, że możesz go oddać?”
“Uznałem, bo ty byś nie potrafiła. Ktoś musiał to załatwić normalnie.”
“Normalnie to oddać mojego psa?”