„Nie obsługujemy emerytów, jesteśmy elitarnym klubem” – mruknęła recepcjonistka i nawet nie wstała zza lady.
Położyłem torbę na szklanej powierzchni, obok niej starannie złożoną umowę i mapę.
„Dziewczyno, nie przyszedłem żebrać, tylko zapisać się na zajęcia” – powiedziałem spokojnie.
„Nasze członkostwo zaczyna się od 18 000 rubli miesięcznie” – powiedziała, patrząc na mnie od siwych włosów po wygodne buty. „Lepiej byłoby poszukać grupy zdrowia w ośrodku rejonowym”.
Ktoś za mną cicho zachichotał. W holu pachniało kawą, podłoga lśniła, a na ścianie wisiała tabliczka ze złotymi literami. Sam zatwierdziłem ten kolor siedem lat temu.
Już mnie nie uraziło. Ciekawiło mnie, jak szybko ludzie zapominają, że uprzejmość jest częścią ich obowiązków.
„A co jeśli zapłacę za rok?” – zapytałem.
Recepcjonistka w końcu spojrzała mi w twarz.
„Proszę pani, nie stójcie w kolejce. Mamy klientów innego kalibru”.
– Co?
– Rozpuszczalnik.
Skinąłem głową.
– To jasne.
Za nią wyszedł młody trener w czarnym uniformie.
– Marina, co tam?
„No cóż, to wszystko” – administratorka zacisnęła usta. „Babcia chce dołączyć do naszego klubu. Wyjaśniam, że nasz format nie jest dla emerytów”.
„Marina” – powiedział cicho. „To niemożliwe”.
– Daj spokój, Igor. Widać, że ten facet pomylił drzwi.
Wyjęłam telefon z torby. Nie zadzwoniłam od razu. Najpierw otworzyłam folder ze zdjęciami i spojrzałam na zdjęcie pierwszej siłowni: stare mury, 12 maszyn do ćwiczeń, ja w prostym szarym garniturze, a obok mnie mój zmarły mąż z miarką krawiecką. Wtedy nie byliśmy „elitarni”, ale uczciwi.
„Zadzwoń do kierownika” – poprosiłem.
Marina odchyliła się na krześle.
— Kierownik jest zajęty.
— Zostanie uwolniony.
— Powiedziano ci jasno: klub się nie nadaje.
– I powiedzieli ci wyraźnie: zadzwoń do kierownika.