…rozległ się dzwonek. Głośny, natarczywy — jakby ktoś specjalnie wybrał najbardziej dramatyczny moment. Marek spojrzał na mnie i poszedł otworzyć. Nie miałam wątpliwości, kto to. W progu stała ona. Klara. W idealnie ułożonych włosach, w brzoskwiniowym płaszczu, z oczami pełnymi wyrzutu. Potrafiła patrzeć tak, że człowiek czuł się jak karcony uczeń. — Dzień dobry, Ewo — powiedziała chłodno. — Nie przeszkadzam? Na chwilę. Oliwier podbiegł, objął ją. Po raz pierwszy tego wieczoru uśmiechnęłam się szczerze — on się cieszył. Niech przynajmniej ktoś. Marek stanął obok, milcząc. Widać było, że chciał, by rozmowa przebiegła spokojnie, bez krzyków. Ale Klara nigdy nie przychodzi „tylko pogadać”. — Słyszałam, że kupiłaś lodówkę — zaczęła niemal łagodnie, jakbyśmy były przyjaciółkami. — Pewnie drogą, co? — Z funkcją mrożenia — odparłam sucho. — A ty, jak rozumiem, wciąż bez biletu? Natychmiast się spięła, a Marek drgnął, jakbym rzuciła nożem w jego stronę. — Ewa — wtrącił się — proszę cię, nie zaczynaj. Odwróciłam się do niego: — A ty nie kontynuuj. Cisza. Tylko Oliwier gdzieś w kącie chrząknął, przygaszony napięciem. — Nie potrzebuję twojej jałmużny — powiedziała w końcu Klara, prostując się. — Ale może wypadało choć uprzedzić? Wiesz, że nie dla siebie. To był prezent dla bratanicy. Dziewczynki. Marzyła, by zobaczyć Paryż. — A ja marzyłam, żeby mój syn nie jadł z garnka, kiedy lodówka cieknie.
Ciąg dalszy historii