Matka dała mi przed śmiercią kopertę i powiedziała, żebym otworzyła ją, kiedy brat zacznie mówić o spadku. Brat zaczął mówić w dwa tygodnie po pogrzebie. Otworzyłam kopertę.
Gdyby mama nie wsunęła mi tej koperty do torebki tamtego ostatniego wieczoru w szpitalu, pewnie do dziś myślałabym, że mój brat jest porządnym człowiekiem. Ale mama wiedziała. Wiedziała lepiej niż ja, lepiej niż tata, lepiej niż ktokolwiek – bo matki zawsze wiedzą, tylko nie zawsze mówią.
Dwa tygodnie po pogrzebie Grzegorz zadzwonił. Nie zapytał, jak się czuję. Nie zapytał, czy już mogę spać bez tabletek. Powiedział: “Jadźka, musimy porozmawiać o mieszkaniu mamy”. I wtedy wiedziałam, że przyszedł ten moment. Odłożyłam słuchawkę, wyjęłam z szuflady kopertę i rozdarłam ją palcami, które trzęsły się tak samo jak wtedy w szpitalu, kiedy mama po raz ostatni ścisnęła moją dłoń.
W środku był rachunek z banku i kartka wyrwana z zeszytu w kratkę. Jedno zdanie napisane drżącą ręką. Przeczytałam je trzy razy, bo za pierwszym razem nie chciałam uwierzyć.
Ale zacznę od początku.
Mama odeszła w marcu, po dwóch latach choroby. Nowotwór trzustki. Przez ostatnie miesiące jeździłam do niej codziennie po pracy – zamykałam księgi rachunkowe w biurze na Tumskiej, wsiadałam w autobus i jechałam na drugi koniec Włocławka, na osiedle Południe, gdzie mama mieszkała sama od śmierci taty. Grzegorz mieszkał w Łodzi, dwie godziny drogi. Przyjeżdżał raz na dwa, trzy tygodnie. Czasem rzadziej.
Nie narzekałam. Miałam pięćdziesiąt cztery lata, córkę w Gdańsku i puste mieszkanie po rozwodzie – czas na opiekę się znalazł. Poza tym mama była mamą. Robiłam jej rosół, prałam pościel, wietrzyłam pokoje. Pilnowałam leków. Grzegorz przysyłał pieniądze – tysiąc złotych miesięcznie na “opiekę”. Mama nigdy ich nie ruszała. Odkładała w szufladzie komody, pod obrusem.
“Jadziu, to na czarną godzinę” – mówiła, kiedy próbowałam odmówić. – “Grześ daje z serca, nie odmawiaj bratu.”
Z serca. Wtedy wierzyłam.
Dwa tygodnie po pogrzebie Grzegorz przyjechał z żoną Renatą. Usiedli w kuchni mamy, w tym samym miejscu gdzie jeszcze miesiąc temu stał wózek inwalidzki. Renata rozejrzała się po ścianach, po meblach z Agaty, po firaneczce, którą mama wieszała co Wielkanoc. “Ładne to mieszkanie” – powiedziała. – “Dwa pokoje z kuchnią to teraz sporo warte.”
Grzegorz wyjął teczkę. Dosłownie – brązową tekturową teczkę, jakby przyszedł na zebranie, a nie na rozmowę z siostrą o zmarłej matce. W środku miał wydruki. Ceny mieszkań na osiedlu Południe. Oferty z portali. Wyliczenia.
“Słuchaj, Jadźka” – zaczął tonem, który znałam z dzieciństwa, tym starszobrackim, rzeczowym. – “Mieszkanie jest warte jakieś dwieście pięćdziesiąt tysięcy. Mama nie zostawiła testamentu, więc dzielimy po połowie. Proponuję sprzedać i rozliczyć się uczciwie.”