CZĘŚĆ 1
Poduszka spadła na twarz Camille niczym czysty śnieg pokrywający zbrodnię, a jej macocha uśmiechnęła się, naciskając ją z całej siły.
„Powinieneś był umrzeć, kiedy upadłeś” – mruknęła Geneviève Armand, pochylając się nad łóżkiem. „Byłeś tylko pomyłką w naszej rodzinie”.
Camille nie mogła się ruszyć.
Jej ciało było uwięzione w gipsie, nogi unieruchomione przez metalową ramę, klatka piersiowa ściskana z każdym oddechem. Dwa pęknięte żebra. Trzy złamane kręgi. Pęknięte biodro. I ten upadek z trzeciego piętra, który wszyscy nazywali „wypadkiem domowym”.
Pielęgniarki powiedziały, że miała szczęście.
Geneviève powiedziała, że ma grubą skórę.
W białym pokoju kliniki Saint-Augustin w Lyonie zapach środka dezynfekującego mieszał się z pudrowym zapachem perfum jej macochy. Drogich, zimnych, nie do pomylenia perfum. Tę, którą nosiła już na rodzinnych obiadach, kiedy oznajmiała kuzynom:
„Niektóre kobiety wchodzą do domu z nazwiskiem. Inne z rachunkiem do zapłacenia”.
Camille spuściła wzrok na talerz. Nie ze wstydu. Ze zmęczenia. Bo Adrien, jej mąż, nigdy jej nie bronił. Uśmiechnął się tylko słabo i powiedział:
„Mama zawsze miała specyficzne poczucie humoru”.
Poczucie humoru, które raniło głębiej niż nóż.
Zanim została panią Armand, Camille Lenoir dorastała w małym mieszkaniu w Vaulx-en-Velin z matką, która była pielęgniarką, i ojcem, który był kierowcą autobusu. Pracowała wieczorami w brasserie, żeby opłacić studia, a potem została analitykiem finansowym specjalizującym się w skomplikowanych oszustwach. Przez lata pomagała sędziom śledczym w śledzeniu brudnych pieniędzy, firm-słupów i fałszywych podpisów.
Widziała ludzi kłamających z czystymi łzami.
Powinna była rozpoznać Adriena wcześniej.
Jesiennej nocy błagał ją, żeby podwyższyła składkę na ubezpieczenie na życie, „aby zabezpieczyć ich przyszłość”. Odmówiła. Kłócili się na balkonie swojego haussmannowskiego mieszkania, w lekkim deszczu. Geneviève nadeszła za nimi, cicha, elegancka, niemal eteryczna.
Wtedy dłoń Adriena zacisnęła się na nadgarstku Camille.
Poręcz jęknęła.
A pustka pochłonęła to, co nastąpiło potem.
Kiedy się obudził, Adrien płakał przy łóżku. Geneviève trzymała go za rękę przed lekarzami.
„Moja biedna córeczka” – powiedziała. „Poślizgnęła się, nic nie pamięta”.
Ale Camille pamiętała.
A tego ranka, kiedy pielęgniarka dyskretnie wsunęła jej w dłoń maleńki przycisk alarmowy, Camille nie zadała jej żadnych pytań.
Rozumiała, że czekają na ostateczny błąd.
Geneviève naciskała mocniej.
„Do widzenia, kochanie”.