Patrycja nawet nie drgnęła.
Albo umiała bardzo dobrze udawać.
Siedziała naprzeciwko córek w szklanej sali konferencyjnej, w biurowcu, z którego widać było połowę Warszawy. Elegancka. Opanowana. Z twarzą kobiety, która przez lata nauczyła się nie przepraszać za nic, jeśli może nazwać to „trudną decyzją”.
Obok niej siedział prawnik.
Młody, pewny siebie, z teczką dokumentów i miną człowieka, który uznał, że sprawa będzie łatwa, bo po drugiej stronie są trzy „emocjonalne kobiety”.
Bardzo szybko miał zmienić zdanie.
Basia otworzyła notes.
– Proszę mówić.
Patrycja splotła dłonie na stole.
– Wiem, że macie do mnie żal.
Hania parsknęła cicho.
– Żal? Ciekawe słowo.
Lena nie mówiła nic.
Patrycja spojrzała na nią najdłużej, jakby próbowała znaleźć w jej twarzy coś miękkiego, przez co łatwiej będzie wejść.
– Byłam młoda – powiedziała. – Przytłoczona. Trzy niemowlęta, bieda, brak perspektyw. Wasz ojciec był dobrym człowiekiem, ale nie rozumiał, że ja też miałam marzenia.
Hania pochyliła się do przodu.
– My miałyśmy trzy miesiące.
– Wiem.
– Nie, nie wiesz. Bo gdybyś wiedziała, nie zaczynałabyś od swoich marzeń.
Prawnik Patrycji odchrząknął.
– Panie pozwolą, że uporządkujemy rozmowę. Moja klientka nie przyszła po konflikt. Chodzi o symboliczne zadośćuczynienie i uznanie jej miejsca w rodzinie.
Basia uniosła brew.
– Symboliczne?
– Biorąc pod uwagę majątek państwa sióstr, kwota dwudziestu milionów złotych nie wydaje się wygórowana.
Lena zamknęła oczy.
Hania wstała tak gwałtownie, że krzesło odsunęło się z hałasem.
– Dwadzieścia milionów?
Patrycja zachowała spokój.
– To nie jest żądanie z chciwości. Jestem waszą matką.
Basia odłożyła długopis.
– Proszę mi przypomnieć. Którego dnia była pani matką? Tego, w którym zostawiła pani kartkę na stole? Czy może któregoś z następnych dziesięciu tysięcy dziewięciuset dni, kiedy ani razu pani nie zadzwoniła?
Prawnik chciał wejść jej w słowo, ale Basia podniosła dłoń.
– Nie skończyłam.
W sali zrobiło się cicho.