– Nie interesuje mnie teatr. Interesują mnie fakty. Nasz ojciec wychował trzy córki sam. Nie dostał od pani alimentów, listu, paczki, telefonu, nawet pytania, czy żyjemy. Pracował po szesnaście godzin dziennie. Głodował, żebyśmy jadły. A pani przychodzi po trzydziestu latach z prawnikiem i słowem „matka” jak z fakturą do zapłaty.
Patrycja zacisnęła usta.
Pierwszy raz w jej twarzy pojawiło się coś ostrego.
– Gdyby nie ja, nie byłoby was na świecie.
Lena otworzyła oczy.
To ona odpowiedziała.
Cicho.
Najciszej z nich wszystkich.
– A gdyby nie tata, nie byłoby nas dłużej niż trzy miesiące.
To zdanie weszło w Patrycję bardziej niż krzyk Hani.
Przez chwilę straciła pewność.
Ale tylko na chwilę.
– Widzę, że ojciec skutecznie nastawił was przeciwko mnie.
Hania zaśmiała się.
Krótko.
Bez radości.
– Ojciec nigdy nie powiedział o tobie złego słowa.
Patrycja spojrzała na nią z niedowierzaniem.
– Nigdy?
– Nigdy – powiedziała Lena. – To jest właśnie różnica między nim a tobą.
Basia zamknęła notes.
– Spotkanie skończone.
Prawnik Patrycji wyprostował się.
– Rozumiem, że odmawiacie panie jakiejkolwiek ugody?
– Nie – powiedziała Basia. – My bardzo chętnie zawrzemy ugodę.
Hania i Lena spojrzały na nią zaskoczone.
Patrycja też.
Basia uśmiechnęła się spokojnie.
– Przygotujemy dla pani propozycję. Ale nie tutaj. Zapraszamy panią jutro do naszego starego domu pod Sandomierzem. Tam, gdzie zaczęło się to, co nazywa pani „sprawami rodzinnymi”.
Patrycja zawahała się.
– Po co?
– Chce pani rozmawiać jak matka. Więc niech pani przyjdzie tam, gdzie przestała nią być.
Następnego dnia przyjechała.
Nie sama.
Znów z prawnikiem, choć tym razem bez takiej pewności w kroku.
Stary dom stał tak samo jak trzydzieści lat wcześniej. Dach był już wymieniony, żeby nie zalało wnętrza, ale ściany, ganek, warsztat i kuchenny stół zostały zachowane.
Antoni czekał przed domem.
W czystej koszuli.
Z rękami splecionymi przed sobą.
Nie wyglądał jak człowiek, który chce się zemścić.
Wyglądał jak ktoś, kto musi stanąć twarzą w twarz z raną, którą dawno nauczył się przykrywać.
Patrycja wysiadła z auta.
Przez chwilę patrzyła na dom.
Jej twarz zmieniła się ledwie zauważalnie.
Może wspomnienie przebiło się przez kalkulację.
Może tylko deski ganku były mniejsze, niż je pamiętała.
– Antoni – powiedziała.
– Patrycja.
Tyle.
Nie „witaj”.
Nie „jak mogłaś”.
Nie „dlaczego”.
Po prostu imię.
Córki stały obok ojca.
Trzy dorosłe kobiety, które kiedyś mieściły się razem w jego ramionach.
Basia zaprosiła wszystkich do środka.
Na kuchennym stole leżała kopia tamtej kartki.
Oryginał Antoni trzymał przez lata w pudełku po gwoździach. Nie po to, żeby pielęgnować nienawiść. Raczej jako dowód dla samego siebie, że nie wymyślił tamtego poranka.
Patrycja spojrzała na kartkę i odwróciła wzrok.
Hania zauważyła to od razu.
– Trudno patrzeć?
– To było dawno.
– Dla ciebie. Dla nas zaczęło się wtedy całe życie.
Lena podeszła do starego kredensu i wyjęła trzy małe kubeczki.
Poobijane.
Każdy inny.
– Z nich piłyśmy mleko – powiedziała. – Kiedy było mleko.
Patrycja milczała.
Basia położyła na stole teczkę.
– Obiecałam propozycję.
Prawnik Patrycji natychmiast się ożywił.
– Słuchamy.
Basia wysunęła dokument.
– Założyłyśmy fundację imienia Antoniego Brzezińskiego. Będzie wspierać samotnych rodziców wychowujących dzieci bez pomocy drugiego rodzica. Stypendia, opieka prawna, żłobki, żywność, wsparcie psychologiczne.
Patrycja zmarszczyła brwi.
– Co to ma wspólnego ze mną?
– Wszystko – powiedziała Basia. – Przekażemy tam dwadzieścia milionów złotych. Dokładnie tyle, ile pani zażądała.
Prawnik Patrycji wyprostował się.
– Czyli…
– Nie pani – przerwała Hania. – Im.
Lena dodała:
– Tym, których ktoś zostawił tak, jak ty zostawiłaś nas.
Patrycja zbladła.
– To ma mnie upokorzyć?
Antoni odezwał się po raz pierwszy.