– Nie. To ma sprawić, żeby z naszego bólu wyszło coś lepszego niż gniew.
Patrycja spojrzała na niego ostro.
– Ty zawsze musiałeś być szlachetny.
Antoni uśmiechnął się smutno.
– Nie. Musiałem być ojcem.
Te słowa rozbroiły pokój.
Nie było w nich dumy.
Nie było oskarżenia.
Tylko zmęczenie człowieka, który przez trzy dekady robił to, czego ktoś inny nie chciał.
Basia przesunęła drugi dokument.
– To jest jedyna rzecz, którą możemy pani zaoferować osobiście.
Patrycja spojrzała na papier podejrzliwie.
– Co to?
– Zrzeczenie się wszelkich przyszłych roszczeń wobec nas, naszego ojca i naszych firm. W zamian nie będziemy publicznie komentować pani żądań. Nie chcemy robić z tego medialnego cyrku.
Prawnik Patrycji zacisnął usta.
– Moja klientka nie musi tego podpisywać.
– Oczywiście – powiedziała Basia. – Może pani złożyć pozew. A wtedy w odpowiedzi przedstawimy pełną historię: porzucenie trojga niemowląt, brak alimentów, brak kontaktu, obecne żądanie finansowe i tę kartkę.
Wskazała na stół.
– Media kochają historie o milionerkach. Jeszcze bardziej kochają historie o matkach, które wracają po pieniądze.
Patrycja pierwszy raz wyglądała tak, jakby zabrakło jej powietrza.
Nie dlatego, że przejęła się córkami.
Dlatego, że zrozumiała ryzyko.
To była smutna prawda.
Nie zawsze człowiek milknie, bo dociera do niego wina.
Czasem milknie, bo kalkulacja przestaje się opłacać.
Lena popchnęła w jej stronę coś jeszcze.
Małe pudełko.
Patrycja otworzyła je niepewnie.
W środku leżały trzy dziecięce bransoletki ze szpitala.
Z nazwiskami.
Hanna Brzezińska.
Barbara Brzezińska.
Lena Brzezińska.
Antoni trzymał je przez wszystkie lata.
Patrycja wzięła jedną do ręki.
Tym razem jej palce zadrżały naprawdę.
– Ja… – zaczęła.
Hania czekała.