Basia też.
Lena patrzyła na nią z bólem tak dawnym, że niemal spokojnym.
Patrycja otworzyła usta, ale nie wyszły z nich przeprosiny.
Wyszło coś innego.
– Nie miałam wtedy wyboru.
Antoni spuścił wzrok.
I chyba właśnie wtedy córki zrozumiały, że ona nadal nie umie.
Nie umie powiedzieć: skrzywdziłam was.
Nie umie powiedzieć: zostawiłam dzieci.
Nie umie stanąć naga przed prawdą bez ubierania jej w biedę, młodość, brak perspektyw i cudzą winę.
Lena zamknęła pudełko.
Delikatnie.
– Miałaś wybór – powiedziała. – Tylko wybrałaś siebie.
Patrycja podpisała dokument.
Nie od razu.
Najpierw próbowała negocjować.
Potem mówiła, że córki są okrutne.
Potem że Antoni „zrobił z nich zimne kobiety”.
Ale w końcu podpisała.
Jej prawnik schował papiery z miną człowieka, który wie, że przegrał sprawę, zanim trafiła do sądu.
Kiedy wychodziła, zatrzymała się na progu.
Przez moment wydawało się, że powie coś ważnego.
Może imię którejś z córek.
Może jedno spóźnione „przepraszam”.
Może pytanie, które powinno paść trzydzieści lat wcześniej:
– Czy byłyście szczęśliwe?
Ale Patrycja tylko poprawiła płaszcz.
– Jeszcze kiedyś zrozumiecie, że życie nie jest proste.
Hania odpowiedziała bez wahania:
– Wiemy. Wychował nas samotny ojciec.
Patrycja odjechała.
Tym razem córki nie stały w deszczu jako niemowlęta.
Tym razem nikt nie płakał za nią przy drzwiach.
Antoni długo patrzył na pustą drogę.
Lena podeszła do niego i wzięła go pod rękę.
– Tato?
– Hm?
– Żałujesz?
Spojrzał na nią.
– Czego?
– Że nie powiedziałeś nam, kim naprawdę była.
Antoni zamyślił się.
– Nie chciałem, żeby wasze serca rosły wokół jej braku. Wolałem, żeby rosły wokół tego, co mamy.
Basia oparła głowę o jego ramię.
– Miałyśmy ciebie.
Antoni uśmiechnął się lekko.
– A ja miałem trzy szefowe od urodzenia.
Hania zaśmiała się pierwsza.
Potem Lena.
Potem Basia.
Śmiech przeszedł przez stary dom jak coś, co dawno powinno tu wrócić.
Fundacja ruszyła pół roku później.
Nie była tylko pięknym gestem w internecie.