
Korytarz szpitalny pachniał środkiem dezynfekcyjnym i napięciem. Emilia siedziała, ściskając dłonie, czując, jak każda minuta odbija się tętnem w skroniach. Klara drzemała, oparta o jej ramię. Z sali operacyjnej dobiegały ciche głosy. Potem — kroki, spokojne, pewne. — Rodzina Patryka Franciszkowicza? — Lekarz wyglądał poważnie, bez rutynowego uśmiechu. — Zrobiliśmy wszystko, co się dało. Pierwszą noc musi przetrwać. Emilia skinęła głową, nogi się pod nią ugięły. Małgorzata stała obok, drżała, zaciskając wargi. Łukasz pojawił się dopiero po czterdziestu minutach. W drogim płaszczu, bez parasola. Pachniał perfumami i zimnem ulicy. — Jak on? — zapytał, nawet nie patrząc. — W reanimacji — odpowiedziała Emilia. — Lekarze… jakby niepewni. Łukasz zmarszczył brwi: — Mówiłem mu, żeby się nie denerwował. Pewnie znowu poszło ciśnienie. Trzeba myśleć praktyczniej. — Praktyczniej?! — wybuchnęła Emilia. — On walczy o życie, a ty mówisz, jakby chodziło o jakiś kontrakt! Łukasz uniósł brwi: — Emocje niczego nie zmienią. Już mówiłem mamie — trzeba rozważyć sprawę mieszkania. Trzeba je doprowadzić do porządku. Jeśli taty zabraknie, mama sama w takim metrażu sobie nie poradzi. Małgorzata pobladła: — Łukasz, nie mów tak… on żyje! Żyje!