Damian stał w progu łazienki z moim telefonem w ręce.
Cała jego wściekłość gdzieś zniknęła. Została bladość, pot na skroniach i oczy wbite w ekran, jakby numer mógł wyskoczyć z telefonu i złapać go za gardło.
—Kto to jest? —wyszeptałam.
Nie odpowiedział.
Zza drzwi mieszkania rozległo się kolejne pukanie.
—Damian —powiedział mężczyzna na korytarzu. —Wiem, że tam jesteś. Otwórz.
Damian cofnął się o krok.
—Nie odzywaj się —syknął do mnie. —Ani słowa.
Chciał wrócić do przedpokoju, ale usłyszeliśmy drugi głos. Kobiecy, stanowczy.
—Policja została powiadomiona. Jeśli w mieszkaniu jest poszkodowana osoba, proszę natychmiast otworzyć drzwi.
Policja.
To słowo sprawiło, że kolana prawie mi się ugięły, choć już siedziałam na podłodze.
Damian podszedł do mnie gwałtownie.
—Co im napisałaś?
—Nic więcej.
—Kłamiesz.
Chciał złapać mnie za włosy, ale z korytarza dobiegł huk.
Nie taki jak pukanie.
Mocniejszy. Metaliczny.
Ktoś uderzył w drzwi barkiem albo narzędziem.
—Ostatnie ostrzeżenie! —krzyknął mężczyzna. —Otwieraj!
Damian odwrócił się i pobiegł do przedpokoju. Usłyszałam szczęk zamka, ale nie otworzył. Zamiast tego zaczął przesuwać szafkę pod drzwi.
—Ty idioto —powiedział ten mężczyzna zza drzwi. —Wszystko nagrywa się na korytarzu.
Damian znieruchomiał.
Ja wtedy po raz pierwszy zauważyłam coś, czego wcześniej w panice nie rozumiałam. Ten głos nie był głosem przypadkowego sąsiada. Nie był też głosem człowieka, który przyjechał z ciekawości.
On znał Damiana.
I Damian znał jego.
Drzwi mieszkania puściły po drugim mocnym uderzeniu. Szafka przewróciła się z hukiem. Do środka weszło dwóch mężczyzn. Jeden miał około pięćdziesięciu lat, krótko ostrzyżone siwe włosy, ciemną kurtkę i twarz człowieka, który zbyt wiele razy musiał hamować gniew. Drugi był młodszy i od razu uniósł telefon, nagrywając wnętrze mieszkania.
Za nimi pojawiła się sąsiadka z czwartego piętra, pani Hela, w szlafroku i z różańcem owiniętym wokół dłoni.
—Mówiłam, że tam coś się dzieje —powtarzała. —Mówiłam dzielnicowemu, że on ją tłucze.
Damian rzucił się do drzwi.
Siwy mężczyzna stanął mu na drodze.
—Nawet nie próbuj.
—To jest moje mieszkanie! —wrzasnął Damian.
Mimo bólu prawie się zaśmiałam.
Moje mieszkanie.
Moja umowa.
Moje rachunki.
Moja krew na płytkach.
Siwy mężczyzna spojrzał w stronę łazienki.
—Klaudia?
Zamarłam.
—Skąd pan zna moje imię?
—Napisałaś mi je w pierwszej wiadomości? Nie. Nie napisałaś. Przepraszam.
W jego głosie nagle pojawiło się coś miękkiego.
—Jestem Marek Węgrzyn. Numer, pod który napisałaś, kiedyś należał do mojej córki.
Damian przeklął pod nosem.