Wtedy zrozumiałam, dlaczego pobladł.
—Twojej córki? —spytał młodszy mężczyzna, ten z telefonem, i spojrzał na Damiana z obrzydzeniem. —Powiedz jej, Damian. Powiedz, jak miała na imię.
Damian milczał.
Marek Węgrzyn nie spuszczał ze mnie wzroku, jakby bał się, że zniknę.
—Moja córka miała na imię Patrycja. Była z nim trzy lata temu. Też mówił, że ją kocha. Też zabierał jej telefon. Też przepraszał po każdym razie.
Krew szumiała mi w uszach.
—Co się z nią stało?
Damian wrzasnął:
—Zamknij się!
Marek nawet na niego nie spojrzał.
—Zginęła po upadku ze schodów. Tak wpisano. Tak powiedział Damian. Że się potknęła. Że była zdenerwowana. Że nie chciał, żeby wyszła sama.
W przedpokoju zapadła cisza.
Pani Hela przeżegnała się.
Marek mówił dalej, spokojnie, ale w tym spokoju było coś straszniejszego niż krzyk.
—Nie miałem dowodu. Sąsiedzi słyszeli awantury, ale bali się zeznawać. Telefon Patrycji zniknął. Damian płakał na pogrzebie. Potem zniknął z Gdańska i przeprowadził się tutaj.
Damian rzucił się na Marka.
Młodszy mężczyzna zasłonił go barkiem i krzyknął:
—Mam wszystko na nagraniu!
Na klatce schodowej rozległy się kroki. Szybkie, ciężkie. Potem głos funkcjonariusza:
—Policja! Odsunąć się od drzwi!
Dwóch policjantów weszło do mieszkania. Jeden od razu złapał Damiana, który próbował jeszcze udawać, że to on jest ofiarą.
—Ona ma atak histerii —mówił chaotycznie. —Zamknęła się sama, spadła, złamała rękę, ja tylko chciałem…
—Proszę się odsunąć —przerwała policjantka.
Weszła do łazienki i przykucnęła przy mnie.
—Pani Klaudio, słyszy mnie pani? Czy on pani to zrobił?
Patrzyłam na nią, na jej kamizelkę, na notes, na rękawiczki. Słowo „tak” było takie małe. A przecież miało dźwignąć całe mieszkanie, całe miesiące strachu, każde „nie przesadzaj”, każdy siniak pod długim rękawem.
—Tak —powiedziałam. —Złamał mi rękę. Uderzył mnie. Zabrał telefon. Wyważył drzwi łazienki.
Damian zaczął krzyczeć.
—Kłamie! Ona kłamie!
Policjantka spojrzała na rozbite drzwi łazienki, na moją rękę, na krew przy wardze i na telefon leżący na podłodze.
—Wezwijcie pogotowie —powiedziała do kolegi. —I zabezpieczcie telefon.
Marek Węgrzyn stał w progu łazienki, ale nie wszedł.
—Nie musisz ze mną rozmawiać —powiedział cicho. —Nie musisz mi za nic dziękować. Tylko nie odwołuj zeznań, dobrze? On na to liczy.
Łzy spłynęły mi po twarzy dopiero wtedy.
—Ja… ja naprawdę pisałam do mamy.
Skinął głową.
—Wiem.
—Pomyliłam numer.
—Czasem pomyłka trafia tam, gdzie trzeba.
Ratownicy przyjechali kilka minut później. Założyli mi kołnierz, usztywnili rękę, podali coś przeciwbólowego. Gdy wynosili mnie z mieszkania, zobaczyłam Damiana skutego kajdankami przy windzie. Przestał krzyczeć. Patrzył na mnie w taki sposób, jakby nadal próbował mi rozkazywać oczami.
Kiedyś bym spuściła wzrok.
Tym razem patrzyłam do końca.
Na klatce stało już pół bloku. Ktoś szeptał, ktoś nagrywał, ktoś udawał, że wyszedł tylko wyrzucić śmieci.
Pani Hela powiedziała głośno:
—Ja zeznam. Wszystko słyszałam. Od miesięcy.
Drzwi na drugim piętrze uchyliły się.
—Ja też —powiedział młody chłopak, którego kojarzyłam tylko z rowerem przypinanym do balustrady. —Mam nagrania krzyków. Bałem się wcześniej, ale teraz dam.
Damian podniósł głowę.
Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam w jego oczach prawdziwy strach.
Nie przed tym, co zrobił.
Przed tym, że ludzie wreszcie przestali udawać, że nie słyszą.
W szpitalu lekarz potwierdził złamanie kości przedramienia, rozcięcie wargi, obrzęk łuku brwiowego i liczne starsze zasinienia w różnych fazach gojenia. Mówił rzeczowo, jakby każde zdanie musiało być tak dokładne, żeby nikt później nie mógł go przekręcić.
—Czy chce pani obdukcję?
Spojrzałam na mamę, która siedziała przy moim łóżku i płakała, trzymając mnie za zdrową rękę. Naprawdę moja mama. Tym razem właściwy numer. Przyjechała z Malborka tak szybko, że miała na sobie dwa różne buty.
—Tak —powiedziałam.
Mama ścisnęła moją dłoń.
—Przepraszam, że nie odebrałam pierwszego telefonu —wyszeptała.
—Nie dzwoniłam do ciebie.
—Ale powinnaś móc.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
Policja przesłuchała mnie jeszcze tej nocy. Powiedziałam wszystko. O pierwszym pchnięciu. O kontroli telefonu. O tym, że Damian miał klucze, choć mieszkanie było moje. O tym, jak groził, że zna ludzi w komendzie. O tym, że po każdej awanturze płakał i przynosił kwiaty z marketu.
Funkcjonariuszka nie przerywała. Na końcu powiedziała:
—Złożymy wniosek o zakaz zbliżania i nakaz opuszczenia mieszkania. Proszę nie wracać tam sama.
—To moje mieszkanie.
—Właśnie dlatego musi pani wrócić bezpiecznie.
Marek Węgrzyn pojawił się w szpitalu następnego dnia. Nie wszedł od razu do sali. Stał przy dyżurce z papierowym kubkiem kawy, jak ktoś, kto boi się narzucić własny ból komuś, kto ma już za dużo swojego.
Mama zapytała:
—To ten pan?
Skinęłam głową.