
— Bo chciałam zapobiec katastrofie! — Katarzyna zatrzasnęła puderniczkę z dźwiękiem jak postawiona kropka. — Wiedziałam, że dziś wszystko pójdzie źle. Twoja Izabela nie potrafi się zachować w towarzystwie, nie powinna tam być! Myślisz, że chciałam źle? — Kłamiesz — powiedział cicho Antoni. W jego głosie nie było gniewu. Tylko zmęczenie. — Chciałaś, żeby się skompromitowała. Żebym został sam. Bo chcesz decydować, z kim mam żyć. Katarzyna eksplodowała jak iskra. — Gdybyś był sam, znów byłbyś silny! Bez niej! Ona wysysa z ciebie energię, każe ci wątpić w siebie! Pamiętasz, jaki byłeś przed nią? Ambitny, błyskotliwy! A teraz? Pokorny mąż z łagodnym głosem! Antoni milczał. Patrzył na nią, a jego milczenie stawało się coraz cięższe. Za drzwiami rozległy się kroki. Izabela wróciła. W długim szlafroku, z włosami związanymi, wyglądała spokojnie i dziwnie opanowanie. W jej spojrzeniu nie było strachu. — Przypomniałam sobie — powiedziała cicho. — Przecież pracowała pani kiedyś z bratem Dubois, prawda? Została pani odsunięta po skandalu. Postanowiła pani wykorzystać dzisiejszą kolację, żeby wrócić do ich kręgu? Przypadek, że wspomniała pani o „moim sprzątaniu” właśnie przy nim? Katarzyna pobladła. — Nie waż się… — Owszem, ważę się — przerwał Antoni. Podszedł bliżej, mówiąc spokojnie i pewnie po raz pierwszy tego wieczoru. — Słyszałem, że odnowiłaś kontakt przez jego asystenta. Chciałaś, żebym wyszedł na głupca przed Dubois, by pokazać, że „potrzebuję prowadzenia”.