
„Kiedy brat próbował odebrać mi dom, zrozumiałem — ufać można tylko ziemi” — pisał Henryk. — „Moje najcenniejsze dzieło ukryłem tam, gdzie płacze stara brzoza przy zapomnianej studni. Niech znajdzie ten, kto przyjdzie tu ze złamanym sercem, ale czystymi myślami.” Ewa ścisnęła zeszyt, nie mogąc uwierzyć. Pradziadek jakby zwracał się właśnie do niej. Na skraju działki naprawdę rosła ogromna brzoza z gałęziami zwieszonymi w smutku. U jej korzeni śnieg leżał grubiej. Rankiem, uzbrojona w łom, poszła do studni. Ziemia była zamarznięta, łom odbijał, ręce drżały. Minęła godzina, potem druga. I nagle — metaliczny dźwięk. Uklękła, zaczęła odkopywać. Spod warstwy ziemi wyłoniła się zardzewiała metalowa puszka. Pokrywka ustąpiła dopiero po trzeciej próbie — w środku leżały monety, stare złote dukaty, około trzydziestu. I zawinięty w pergamin zwój z recepturami — najrzadszymi, zapisanymi drobnym pismem. Serce Ewy biło jak u nastolatki. Wracała do domu z uczuciem, że niesie nie skarb, lecz znak losu. Następnego dnia pojechała do najbliższego miasta. Sprzedała kilka monet w antykwariacie — ostrożnie, z pokwitowaniem, płacąc podatki. Za uzyskane pieniądze naprawiła dach, ściany, kupiła sprzęt do małego laboratorium: sterylizatory, topiarkę do wosku, słoje szklane, suszarkę do ziół.