Przed drzwiami stała ciocia Margit w grubym, dzianinowym kardiganie, trzymając plastikową torbę, a za nią dwóch policjantów. Jeden z nich był młodą kobietą o surowym spojrzeniu, drugi starszym mężczyzną, który od razu spojrzał na Bence’a, a nie na mnie.
„Otrzymano zgłoszenie o groźbie przemocy domowej” – powiedziała policjantka. „Kto wezwał pomoc?”
„Ja” – odpowiedziałam.
Ciocia Ilona natychmiast podeszła.
„Doszło do nieporozumienia. Moja synowa ma gorączkę i bełkocze. To sprawa rodzinna”.
Ciocia Margit warknęła na to tak głośno, że nawet Bence się wzdrygnął.
„Sprawa rodzinna? Ilona, słyszałam, jak wrzeszczysz na niego przez ścianę przez pół godziny, mówiąc, co z niego za pożytek, skoro nawet gotować nie potrafi”.
Policjantka zwróciła się do mnie.
„Proszę pani, czy ma pani jakieś widoczne obrażenia?”
Podwinęłam rękawy piżamy. Na nadgarstkach miałam żółtofioletowe plamy, jedną starą, drugą świeżą. Na ramieniu miałam ślady palców Bence’a z kłótni sprzed tygodnia, kiedy przycisnął mnie do drzwi lodówki, bo nie zdążyłam wyprać jego koszuli.
Bence cofnął się o krok.
„Nie tak to było”.
„Więc o co chodziło?” – zapytała policjantka.
Nie odpowiedział.
Ciocia Margit podniosła torbę.
„Réka dała mi to w zeszłym tygodniu. Powiedziała, żebym przyniosła, gdyby coś było nie tak”.
W torbie był pendrive, dwie wydrukowane wiadomości i kopie brązowej koperty. Wszystko zrobiłam dwa tygodnie temu. Nie dlatego, że byłam odważna. Ale dlatego, że zbyt wiele razy słyszałam przekręcanie klucza, aż ścisnęło mnie w żołądku.
Policjanci odprowadzili mnie do salonu. Posadzili mnie, dali mi wody. Dotknęłam czoła, miałam gorącą dłoń.
„Wzywamy karetkę” – powiedział starszy policjant.
„Nie musimy” – zaprotestowałam odruchowo.
„Ale musimy” – warknęła ciocia Margit. „Niczego nikomu dziś nie udowodnisz, jeśli się wycofasz”.
Ciocia Ilona sięgnęła po listy leżące na stole. Policjantka natychmiast jej powiedziała:
„Proszę ich nie dotykać”.
„To nasze akta rodzinne”.
„Teraz to może być dowód”.
To był pierwszy moment, kiedy ciocia Ilona naprawdę się przestraszyła.
Karetka przyjechała dziesięć minut później. Drzwi na klatce schodowej się otworzyły. Zaszurały buty, zadźwięczały łańcuchy, za lekko uchylonymi drzwiami pojawiły się twarze. W bloku w Szolnok wstyd rozprzestrzenia się szybciej niż dźwięk windy.
Bence nienawidził tego najbardziej. Nie tego, co zrobił. Ale tego, że inni to widzieli.
„Réka, nie rób tego” – syknął, gdy ratownicy medyczni szukali mojego płaszcza. „Porozmawiamy jutro”.
„Chciałaś mnie dziś uderzyć”.
„Nie uderzyłem cię”.