„Wczoraj wieczorem kupiłam kupon Eurojackpot.”
Marek zmarszczył brwi.
„Co?”
„Właściwie kupiłam go kilka dni temu.”
„Wczoraj sprawdziłam wynik.”
Sabina nadal się uśmiechała.
„I co z tego?”
Spojrzałam na nią.
„Trafiłam wszystkie liczby.”
Na sali ktoś się roześmiał.
Ktoś powiedział:
„Niemożliwe.”
Marek również parsknął.
„Eliza, już naprawdę…”
Wyciągnęłam telefon.
Na ekranie miałam potwierdzenie.
Nie podawałam żadnych danych potrzebnych do odebrania nagrody.
Pokazałam tylko wysokość wygranej.
280 000 000 zł.
Marek przestał się uśmiechać.
Sabina pierwsza nachyliła się nad ekranem.
„To jakiś żart.”
„Nie.”
„Photoshop.”
„Też nie.”
Halina podeszła bliżej.
„Daj telefon.”
Schowałam go.
„Nie.”
Marek zrobił krok ze sceny.
„Eliza.”
Nagle mój ton imienia w jego ustach całkowicie się zmienił.
Już nie mówił do uciążliwej kobiety, której chce się pozbyć.
„Porozmawiajmy.”
Roześmiałam się.
Tym razem naprawdę.
„O czym?”
„Nie tutaj.”
„Przed chwilą bardzo chciałeś wszystko wyjaśnić tutaj.”
„To inna sprawa.”
„Dlaczego?”
„Bo…”
Zawahał się.
„Dziesięć lat jednak coś znaczy.”
W sali ktoś głośno prychnął.
Spojrzałam na niego.
„Pięć minut temu powiedziałeś, że te dziesięć lat nie oznaczało niczego.”
„Powiedziałeś, że sama chciałam być twoją gospodynią.”
„Że nigdy nie byłam twoją żoną.”
„I za to akurat jestem ci wdzięczna.”
Marek pobladł.
„Eliza, nawet jeśli dokument nie był prawdziwy, żyliśmy jak małżeństwo.”
„Nie.”
Odpowiedziałam.
„Ja żyłam jak żona.”
„Ty żyłeś jak człowiek, który wiedział, że żony nie ma.”
Nie potrafił odpowiedzieć.
Halina jednak odzyskała głos.
„Nie bądź śmieszna.”
„Przecież mieszkaliście razem.”
„Rodzina to nie tylko papierek.”
Popatrzyłam na nią.
„Dziesięć minut temu ten papierek był dla pani powodem, żeby rzucić mi dwadzieścia tysięcy pod nogi.”
„Teraz nagle nie ma znaczenia?”
Twarz jej stężała.
Sabina zacisnęła dłoń na ramieniu Marka.
„Marek.”
Po raz pierwszy w jej głosie nie było słodyczy.
„Czy to prawda?”
„Co?”
„Ta wygrana.”
„Skąd mam wiedzieć?”
Patrzył na mnie.
„Eliza, musimy sprawdzić…”
Przerwałam.
„My niczego nie musimy.”
Podniosłam kartę bankową Haliny z podłogi.
Podeszłam do niej.
Wsunęłam ją do kieszeni jej torebki.
„Proszę zachować.”
„Przyda się na wózek albo mleko dla wnuka.”
Odwróciłam się.
Marek złapał mnie za nadgarstek.
„Nie wychodź.”
Spojrzałam na jego dłoń.
„Puść.”
„Porozmawiajmy normalnie.”
„Puść mnie.”
Tym razem część gości już nie filmowała Sabiny.
Filmowali jego.
Puścił.
Wyszłam.
Wiola czekała w kawiarni trzy ulice dalej.
Położyłam przed nią kopię rzekomego aktu małżeństwa.
Przyglądała mu się przez kilka minut.
„To jest dobrze zrobione.”
„Czyli?”
„Pieczęć wygląda wiarygodnie.”
„Numer aktu również.”
„Ale numer należy do zupełnie innej pary.”
Poczułam chłód.
„Czyli ktoś to świadomie podrobił.”
„Tak.”
„A ten człowiek, który prowadził ceremonię?”
„Jeśli nie był urzędnikiem stanu cywilnego, to cała ceremonia była teatrem.”
Usiadłam.
Dziesięć lat wcześniej miałam dwadzieścia dziewięć lat.
Marek przekonał mnie, że chce małego ślubu.
Bez wielkiej sali.
Bez tłumu.
Jego matka „załatwiła urzędnika”.
Podpisaliśmy dokumenty w wynajętym pałacyku.
Dostałam później odpis.
Nie miałam powodu sprawdzać państwowego rejestru.
W banku Marek występował osobno.
Mieszkanie było jego.
Podatki rozliczaliśmy oddzielnie, bo miał działalność gospodarczą, a ja pracowałam na umowach i prowadziłam dodatkowe zlecenia.
Za każdym razem, kiedy formalności mogły ujawnić prawdę, on znajdował wyjaśnienie.
„Tak będzie korzystniej.”
„Księgowa się tym zajmuje.”
„Nie musisz niczego podpisywać.”
Patrząc wstecz, wszystko było oczywiste.
Wtedy nie było.
„Co teraz?”
Zapytałam.
Wiola przesunęła dokument.
„Najpierw zabezpieczamy nagrania z wesela.”
„Potem zgłaszasz podejrzenie sfałszowania dokumentu.”
„A wygrana?”
„Nie informujesz Marka o żadnych szczegółach.”
„Za późno.”
„Wie o kwocie?”
„Tak.”
Wiola zamknęła oczy.


