Tomasz czekał na mnie wieczorem przy mojej furtce. Wiedział już, że dzieci mogą trafić do mnie. Stał z papierosem w dłoni, jakby przyszedł pogadać o pogodzie, a nie o własnych poparzonych dzieciach. Kiedy mnie zobaczył, pokręcił głową.
„Mamo, ty tego nie udźwigniesz. Pomyśl rozsądnie. Czworo dzieci, opatrunki, przedszkole, szkoła. Karolina się nie zmieni, za miesiąc znowu będzie piła. Nie rozwalaj wszystkim życia”.
„Co proponujesz?”
Zapalił następnego papierosa i odwrócił się w stronę ulicy. „Niech ich na razie gdzieś umieszczą. Są rodziny, są ludzie od tego. My ogarniemy dom, załatwimy sprawy z Karoliną, a potem ich zabiorę”.
„Chcesz, żeby twoje dzieci poszły do obcych ludzi?”
„A co ja mam zrobić? Mam robotę. Sam jestem facetem, wszystkiego nie zrobię. To ona jest matką, ona powinna była myśleć”.
Patrzyłam na niego i nie poznawałam własnego syna. W szpitalu wrzeszczał, że dzieci nikomu nie odda, przed pracownicą socjalną mówił, że da sobie radę. A teraz, kiedy nie wystarczyło dobrze wypaść, tylko trzeba było wstawać do Mai, gotować, wozić Kacperka na zmianę opatrunków i uspokajać Zosię po nocach, już szukał miejsca, gdzie mógłby ich odstawić.
„Chciałeś je zabrać tylko po to, żeby nie dostała ich Karolina?”, zapytałam.
Rzucił papierosa w śnieg tak gwałtownie, że iskry rozsypały się koło płotu. „Przestań robić ze mnie potwora! Ona mnie do tego doprowadziła. W domu syf, dzieci wrzeszczą, pieniędzy nie ma. Ja też chcę żyć, rozumiesz?”
Z okna mojej kuchni było widać małe łóżko, które tego ranka przygotowałam dla Zosi. Na oparciu wisiał ręcznik z króliczkiem. Kupując go, pomyślałam przez chwilę, że jeśli dzieci oddadzą jednak Karolinie, zostanę z niepotrzebnymi rzeczami. Teraz było mi wstyd nawet za tę myśl.
„Oddaj klucz do mojego domu”, powiedziałam.
„Co?”
„Słyszałeś”.
Wyciągnął pęk kluczy z kieszeni i zacisnął go w dłoni. „Wyrzucasz mnie z domu przez nią?”
„Nie wpuszczę cię więcej przez dzieci”.
„Mamo, nie bądź śmieszna. Za tydzień ona wejdzie ci na głowę, a ja znowu będę potrzebny”.
„Kiedy dzieci potrzebowały ciebie, piłeś u mnie herbatę”.
Rzucił klucz w śnieg. Upadł przy moim bucie i błysnął pod latarnią. Tomasz odszedł bez oglądania się za siebie. Podniosłam klucz i następnego dnia oddałam go pracownicy socjalnej, choć nikt mnie o to nie prosił, bo musiałam choć raz nie schować prawdy do kieszeni.
Kontrola domu poszła szybko. Kazano mi zabezpieczyć piec, schować leki wyżej, przygotować miejsca do spania i zgodzić się, że wizyty Karoliny będą odbywały się wyłącznie według ustalonych zasad. Zrobiłam wszystko. Sąsiadka przyniosła rozkładane łóżko, brat przywiózł niewielki stolik dla dzieci, a ja pierwszy raz od lat zadzwoniłam do wychowawczyni Kacperka i zapytałam, czego mu potrzeba do szkoły.
Nauczycielka przez chwilę milczała, a potem powiedziała:
„Najbardziej potrzebuje tego, żeby w domu zawsze było śniadanie. Resztę nadrobimy”.
Kacperka, Olka i Zosię przywieźli do mnie wieczorem. Maja nadal była w szpitalu. Dzieci weszły cicho, z dwiema reklamówkami rzeczy na całą trójkę. Chciałam przytulić Zosię, ale od razu schowała się za bratem, a Kacperek najpierw obejrzał piec, potem okna, a na końcu drzwi do mojego pokoju.
„Babciu, a ty usłyszysz w nocy, jak Maja będzie płakać?”, zapytał.
„Usłyszę”.
„Na pewno?”
Podeszłam do kuchennego stołu, wzięłam telefon i położyłam go na półce przy dziecięcych łóżkach. „Będzie tutaj. I zawsze będzie miał włączony dźwięk”. Kacperek nic nie odpowiedział. Tylko postawił worek z nadpaloną kurtką obok swojej poduszki.
Na kolację nalałam każdemu zupy i pokroiłam chleb. Olek od razu złapał kromkę i zaczął jeść, a Kacperek wziął dwie i jedną schował pod serwetką. Kiedy na niego spojrzałam, przestraszył się, jakbym przyłapała go na kradzieży. Zrobiło mi się tak ciężko, że ledwo mogłam wydobyć głos.
„Kacperku, chleba wystarczy”.
„Ja dla Mai. Jak przyjedzie”.
Chciałam powiedzieć, że dla Mai zawsze będzie świeży. Ale nie powiedziałam. Wzięłam pojemnik, włożyłam do niego jeszcze kilka kromek i zamknęłam pokrywkę.
„Ten jutro zaniesiemy jej do szpitala. A tamten zostaw sobie”.
Spojrzał na pudełko, potem na mnie.
„Naprawdę zaniesiesz?”
„Naprawdę”.
Na pierwsze spotkanie Karolina przyszła po pięciu dniach. Miała czyste ubrania, nie była umalowana i niosła niewielką torbę z rzeczami dla dzieci. W przedpokoju zatrzymała się i zapytała pracownicę socjalną: „Mogę najpierw umyć ręce?” Kacperek usłyszał jej głos i wyszedł z pokoju, a oni przez chwilę stali naprzeciwko siebie, jakby żadne nie wiedziało, czy wolno zrobić krok.
Myślałam, że rzuci się matce na szyję. Nie zrobił tego.
„Mamo, ty już nie będziesz piła?”, zapytał.
Karolinie zadrżały usta. „Chodzę tam, gdzie mi kazali. I już nigdy nie będziecie mieszkać tak, jak wcześniej”. Kacperek ścisnął ręce przed sobą i przez chwilę patrzył w podłogę. Potem zapytał:
„A tata przyjdzie?”
Karolina spojrzała na mnie.
„Nie”, odpowiedziałam za nią. „Tutaj on nie przyjdzie”.
Kacperek wypuścił powietrze. Nie tak, jak oddychają dzieci, które tęsknią za ojcem. Tak oddychają ludzie, którym ktoś właśnie powiedział, że dzisiaj mogą się nie bać. Karolina uklękła i wyciągnęła do niego nowe skarpetki, nie zabawkę ani słodycze, tylko skarpetki, bo wiedziała, że nie znosi zimnej podłogi.
Wziął je i nagle zapytał: „A Maja wróci do nas do domu?” Karolina zakryła twarz dłonią. Zobaczyłam, że za chwilę się rozsypie, i pierwszy raz nie czekałam, aż sama sobie poradzi.
„Przyjedzie tutaj, kiedy lekarze pozwolą”, powiedziałam. „Wszyscy ją przywitamy”.