Karolina spojrzała na mnie. W jej oczach nie było wdzięczności. I słusznie, bo jeden uczciwy czyn nie kasuje wszystkiego, co zrobiłam wcześniej. Nie oczekiwałam od niej ani dobrego słowa, ani przebaczenia.
Tomasz próbował przyjść jeszcze dwa razy. Za pierwszym razem walił w furtkę i żądał, żebym oddała mu dokumenty dzieci. Za drugim zaczepił mnie pod osiedlowym sklepem i powiedział: „Jeszcze sama będziesz błagała, żebym pomógł. Karolina i tak się stoczy, a te dzieci rozwalą ci dom”.
Wyjęłam telefon i odpowiedziałam:
„Powtórz to przy pracownicy socjalnej”.
Od razu odszedł.
Powiedziano mi, że jego zeznania w sprawie pożaru są ponownie sprawdzane, a spotkania z dziećmi mogą się odbywać wyłącznie po osobnej decyzji i pod nadzorem. Nie pytałam, czy zostanie ukarany ani jak surowo. Wystarczało mi jedno: nie mógł już wejść do Kacperka i zmusić go, żeby siedział cicho. Nie mógł już używać strachu jako zamka do wszystkich drzwi.
Maję wypisali po trzech tygodniach. Przyjechała malutka, wychudzona, w czapce, która ciągle zsuwała jej się na oczy. Karolina przyszła wcześniej, ale stała przy furtce, dopóki nie pozwolono jej wejść. Kacperek czekał przy oknie z tym samym pojemnikiem, do którego codziennie wkładaliśmy świeży chleb, a wieczorem zjadaliśmy go sami i rano kładliśmy nowy.
Kiedy wniesiono Maję do domu, Kacperek jej nie przytulił. Tylko podszedł, otworzył pojemnik i powiedział:
„Zobacz, zostawiłem”.
Maja wzięła miękki kawałek chleba i zaczęła go żuć. Kacperek usiadł obok niej na podłodze i patrzył, dopóki nie zjadła wszystkiego. Dopiero wtedy uśmiechnął się odrobinę, jakby przez te trzy tygodnie czekał właśnie na ten jeden moment.
Tego wieczoru, kiedy dzieci już zasnęły, przyniósł mi kurtkę. Rękaw był zniszczony, materiał nawet po praniu pachniał dymem, a kieszeń trzymała się na kilku nitkach. Chciałam od razu powiedzieć, że kupię mu nową, ale w porę ugryzłam się w język. To nie była dla niego stara, brzydka kurtka, tylko coś, czego wtedy nie zdołał stracić.
„Babciu, można naprawić kieszeń?”, zapytał.
„Można”.
Wyjęłam maszynę do szycia, którą wcześniej przeniosłam z małego pokoju, postawiłam ją na kuchennym stole i zaczęłam odpruwać nadpalony brzeg. Kacperek siedział obok i obracał w palcach szpulkę nici. Przez chwilę w kuchni słychać było tylko tykanie zegara i cichy stuk metalowej części maszyny o blat. Potem odezwał się, nie podnosząc głowy.
„Babciu, ja wtedy dzwoniłem nie dlatego, że bałem się pożaru. Myślałem, że tata jest u ciebie i że go przyprowadzisz”.
Igła zatrzymała mi się pod palcami.
Właśnie w tym była cała moja wina. Nie tylko w podpisie. Nawet nie tylko w tym, że nienawidziłam Karoliny i zawsze wierzyłam synowi. On dzwonił do mnie, bo jeszcze wierzył, że babcia przyjdzie, a ja nie przyszłam.
„Słyszałam telefon”, powiedziałam. „I nie odebrałam”.
Milczał.
„Wybrałam twojego tatę, a powinnam była wybrać was”.
Położył szpulkę na stole i zapytał:
„A jak zadzwonię jeszcze raz?”
Nie obiecywałam mu wielkich rzeczy. Nie mówiłam, że już nigdy nic złego się nie stanie. Po prostu przesunęłam telefon bliżej niego.
„Odbiorę od razu”.
Kieszeń zrobiłam mocniejszą niż wcześniej. Nie ładniejszą. Na materiale została gruba łata, a szew trochę uciekał na bok. Kacperek przeciągnął po niej palcem, sprawdził, czy brzeg się nie rozejdzie, potem włożył do środka mały herbatnik i zaniósł kurtkę do swojego łóżka. Nie zapytałam, po co go chowa, bo już znałam odpowiedź.
Rano Maja obudziła się pierwsza i przyszła do kuchni w za dużych skarpetkach, szurając piętami po podłodze. Kacperek siedział już przy stole i smarował kromkę masłem. Kiedy zobaczył siostrę, wyjął z naprawionej kieszeni herbatnik i położył przed nią. Maja wzięła go obiema rączkami i usiadła przy nim bez słowa.
Wstawiłam czajnik i spojrzałam na telefon, który ładował się na półce obok dziecięcych łóżek.
Dźwięk był włączony.