„Nie przeszkadzasz.”
Konrad stał kilka kroków dalej. Patrzył na torbę mamy tak, jakby to była plama na dywanie.
Wtedy do mamy podszedł starszy mężczyzna, jeden z najważniejszych ludzi izby gospodarczej, pan Dobrowolski. Ukłonił się lekko.
„Pani Halino, dawno pani nie widziałem.”
Konrad zmarszczył brwi.
Mama uśmiechnęła się nieśmiało.
„Panie Adamie, minęło trochę lat.”
„Gdyby nie pani pożyczka dla Kingi na pierwszy magazyn, połowy tej sali nie byłoby dziś z kim rozmawiać.”
Konrad zesztywniał.
Mama zmieszała się.
„To nie była pożyczka. To była pomoc dla dziecka.”
Pan Dobrowolski odwrócił się do gości obok.
„Proszę państwa, to właśnie pani Halina Radecka. Sprzedała rodzinny dom po mężu, żeby córka mogła uratować pierwszy kontrakt. Tak zaczynają się prawdziwe firmy, nie od prezentacji, tylko od matek, które wierzą w córki bardziej niż banki.”
Ktoś zaczął klaskać.
Potem kolejna osoba.
Po chwili cała grupa przy wejściu biła brawo mojej mamie, która trzymała torbę z kiełbasą i grzybami, nie wiedząc, gdzie patrzeć.
Konrad wyglądał, jakby ktoś wylał mu na głowę zimną wodę.
Po bankiecie wróciliśmy do domu osobno.
On chciał jechać ze mną.
Nie zgodziłam się.
Mama spała tej nocy u mnie w pokoju gościnnym. Zanim zasnęła, usiadła na brzegu łóżka.
„Kinguś, ja nie chcę ci rozbijać domu.”
Usiadłam obok niej.
„Mamo, domu nie rozbija gość z torbą grzybów. Dom rozbija człowiek, który liczy każdy kęs twojej matki, a nie widzi walizek swojej.”
Rano zrozumiałyśmy, jak dosłowne były te słowa.
O dziewiątej zadzwonił domofon.
Na ekranie zobaczyłam Lucynę, matkę Konrada. Za nią stały dwie ogromne walizki, torba z lekami, pudło z pościelą i mały pies w transporterze.
Konrad wybiegł do przedpokoju.
„Mama przyjechała.”
„Widzę.”
Lucyna weszła bez pytania, zdjęła buty na środku korytarza i od razu spojrzała na moją mamę.
„O, pani jeszcze tutaj?”
Mama wstała z kanapy.
„Dzień dobry.”
Lucyna zmierzyła ją od stóp do głów.
„Myślałam, że po takim wczorajszym pokazie wróci pani do siebie. Nie każdy czuje się dobrze w wielkim świecie.”
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, Konrad rzucił:
„Mamo, nie zaczynaj.”
Ale było za późno.
Lucyna odwróciła się do mnie.
„Kinga, przygotuj mi pokój. Ten większy. Kręgosłup mnie boli, na małym łóżku nie dam rady. I piesek musi mieć miejsce.”
Moja mama natychmiast powiedziała:
„Ja mogę przejść do mniejszego.”
„Nie” — odpowiedziałam.
Lucyna uniosła brwi.
„Słucham?”
„Mama zostaje w pokoju gościnnym. Pani może wynająć hotel.”
Cisza była tak gęsta, że nawet pies przestał piszczeć.
Konrad spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
„Kinga, co ty robisz?”
„Traktuję twoją matkę według zasad, które sam ustaliłeś. Gość, który przyjeżdża na dłużej, mieszka w hotelu i płaci sam.”
Lucyna poczerwieniała.
„Ja jestem jego matką!”
„A ona moją.”
„Ale ja przyjechałam na miesiąc!”
„Właśnie dlatego hotel będzie wygodniejszy.”
Konrad złapał mnie za ramię i zaciągnął do kuchni.
„Oszalałaś? Po wczorajszym chcesz jeszcze bardziej mnie upokorzyć?”
„To ty wczoraj powiedziałeś, że jeśli twoja matka nie dostanie tego samego traktowania, rozwód.”
„Nie o to mi chodziło.”
„Wiem. Chodziło ci o to, że moja matka ma być tańsza.”
Jego twarz stężała.
„Kinga, porozmawiajmy normalnie. Nie wiedziałem, ile masz pieniędzy.”
„I to ma być twoja obrona?”
Zamilkł.
„Gdy myślałeś, że zarabiam osiem tysięcy, uważałeś, że możesz mnie rozliczać, krzyczeć i straszyć rozwodem. Teraz, kiedy wiesz, że mam więcej, nagle chcesz rozmawiać normalnie?”
„Jesteśmy małżeństwem.”
„Byliśmy też małżeństwem wczoraj.”
Wyszłam z kuchni.
Lucyna siedziała już na kanapie, rozpakowując lekarstwa na stoliku. Jej pies wskoczył na poduszkę, którą mama rano wyprasowała.
„Proszę spakować rzeczy” — powiedziałam.
„Nie będziesz mnie wyrzucać z domu syna.”
„To nie jest dom pani syna.”
Konrad wyszedł za mną.
„Kinga…”
Lucyna spojrzała na niego.
„Co ona wygaduje?”
Wyjęłam z teczki akt własności mieszkania.
„Mieszkanie kupione przed ślubem. Właściciel: Kinga Radecka. Pani syn jest tu zameldowany, bo się zgodziłam. To nie to samo, co własność.”
Lucyna otworzyła usta.
Konrad wyglądał, jakby chciał zniknąć.
Moja mama podniosła torbę z grzybami.
„Córeczko, ja może jednak pojadę do hotelu, żeby nie…”
„Mamo, usiądź.”
Powiedziałam to łagodnie, ale tak stanowczo, że usiadła.
Potem zadzwoniłam do pana Romana.
„Proszę zamówić apartament w hotelu Nadwiślańskim na nazwisko pani Lucyny Żmudy. Płatność po jej stronie. I samochód za dwadzieścia minut.”
Lucyna zerwała się z kanapy.
„Ty bezczelna dziewucho!”
Konrad wreszcie podniósł głos:
„Mamo, dość.”
Spojrzałyśmy na niego obie.
Za późno, ale jednak.
Lucyna jakby nie mogła uwierzyć, że syn przerwał jej, a nie mnie.
„Konrad, ty pozwolisz, żeby ona tak mówiła do matki?”
„Mama wczoraj pozwoliła, żebym ja tak mówił do jej matki.”
To zdanie zabrzmiało w salonie dziwnie.
Jak pierwsza prawda, która przyszła spóźniona o trzy lata.
Ale nie wystarczyła.
Po wyjeździe Lucyny Konrad zaczął błagać.
Najpierw cicho. Potem coraz bardziej nerwowo.
„Kinga, ja naprawdę nie wiedziałem. Myślałem, że żyjemy z naszych pensji. Bałem się kosztów. Bałem się, że twoja mama będzie nas wykorzystywać.”
„A twoja siostra?”
„To co innego.”
„Dlaczego?”
Nie odpowiedział.
„Bo to twoja rodzina. A moja jest wydatkiem.”
Usiadł przy stole i ukrył twarz w dłoniach.
„Daj mi szansę.”
„Dam ci dokumenty.”
Mecenas Bielecki przyjechał godzinę później.
Nie lubię teatralnych scen, ale tego dnia pozwoliłam sobie na jedną. Położyłam przed Konradem projekt porozumienia rozwodowego, wykaz majątku osobistego, historię przelewów na jego rodzinę i tabelę wydatków z ostatnich trzech lat.
Na moją matkę: 53 200 zł.
Na jego matkę, siostrę i jej „biznes”: 412 870 zł.
Konrad patrzył na liczby coraz ciszej.
„Aldona miała oddać…”
„Nie oddała ani złotówki.”
„Ja nie wiedziałem, że to tyle.”
„Wiedziałeś. Po prostu nie liczyłeś, bo nie dotyczyło mojej matki.”
Mecenas dodał:
„Pani Kinga nie dochodzi zwrotu tych kwot w tym porozumieniu. Ale samochód w leasingu firmowym wraca do spółki, karty dodatkowe zostają zamknięte, a pan Konrad opuszcza mieszkanie w terminie czternastu dni.”
Konrad spojrzał na mnie.
„Tak po prostu wyrzucasz mnie z życia?”
„Nie. To ty od dawna stałeś przy drzwiach i groziłeś rozwodem, gdy tylko moja rodzina zajmowała za dużo miejsca. Ja tylko wreszcie je otworzyłam.”
Nie podpisał od razu.
Lucyna weszła bez pytania, zdjęła buty na środku korytarza i od razu spojrzała na moją mamę.
„O, pani jeszcze tutaj?”
Mama wstała z kanapy.
„Dzień dobry.”
Lucyna zmierzyła ją od stóp do głów.
„Myślałam, że po takim wczorajszym pokazie wróci pani do siebie. Nie każdy czuje się dobrze w wielkim świecie.”
Zanim zdążyłam odpowiedzieć, Konrad rzucił:
„Mamo, nie zaczynaj.”
Ale było za późno.
Lucyna odwróciła się do mnie.
„Kinga, przygotuj mi pokój. Ten większy. Kręgosłup mnie boli, na małym łóżku nie dam rady. I piesek musi mieć miejsce.”
Moja mama natychmiast powiedziała:
„Ja mogę przejść do mniejszego.”
„Nie” — odpowiedziałam.
Lucyna uniosła brwi.
„Słucham?”
„Mama zostaje w pokoju gościnnym. Pani może wynająć hotel.”
Cisza była tak gęsta, że nawet pies przestał piszczeć.
Konrad spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
„Kinga, co ty robisz?”
„Traktuję twoją matkę według zasad, które sam ustaliłeś. Gość, który przyjeżdża na dłużej, mieszka w hotelu i płaci sam.”
Lucyna poczerwieniała.
„Ja jestem jego matką!”
„A ona moją.”
„Ale ja przyjechałam na miesiąc!”
„Właśnie dlatego hotel będzie wygodniejszy.”
Konrad złapał mnie za ramię i zaciągnął do kuchni.
„Oszalałaś? Po wczorajszym chcesz jeszcze bardziej mnie upokorzyć?”
„To ty wczoraj powiedziałeś, że jeśli twoja matka nie dostanie tego samego traktowania, rozwód.”
„Nie o to mi chodziło.”
„Wiem. Chodziło ci o to, że moja matka ma być tańsza.”
Jego twarz stężała.
„Kinga, porozmawiajmy normalnie. Nie wiedziałem, ile masz pieniędzy.”
„I to ma być twoja obrona?”
Zamilkł.
„Gdy myślałeś, że zarabiam osiem tysięcy, uważałeś, że możesz mnie rozliczać, krzyczeć i straszyć rozwodem. Teraz, kiedy wiesz, że mam więcej, nagle chcesz rozmawiać normalnie?”
„Jesteśmy małżeństwem.”
„Byliśmy też małżeństwem wczoraj.”
Wyszłam z kuchni.
Lucyna siedziała już na kanapie, rozpakowując lekarstwa na stoliku. Jej pies wskoczył na poduszkę, którą mama rano wyprasowała.
„Proszę spakować rzeczy” — powiedziałam.
„Nie będziesz mnie wyrzucać z domu syna.”
„To nie jest dom pani syna.”
Konrad wyszedł za mną.