
…szarpnęła obrus do siebie. Naczynia z hukiem poleciały na podłogę. Kieliszki się roztrzaskały, wino rozlało się po panelach, resztki jedzenia rozprysnęły się na wszystkie strony. Ktoś krzyknął, ktoś zerwał się z miejsca, odskakując od stołu. Zapadła ogłuszająca cisza. Anna stała, ciężko oddychając, i patrzyła prosto na Marka. — Skończyliście? — jej głos był cichy, ale dźwięczała w nim stal. Elżbieta pierwsza się otrząsnęła. — Zwariowałaś?! — poderwała się, patrząc na zniszczony stół. — Co ty narobiłaś?! Anna nawet na nią nie spojrzała. — Wstać. Wszyscy. I wyjść. — Co to za ton? — wtrącił jeden z gości, podnosząc z podłogi serwetkę. — Zostaliśmy zaproszeni. Anna przeniosła na niego wzrok. — Nie przeze mnie. Marek w końcu wstał. Na jego twarzy pojawiło się rozdrażnienie. — Przesadzasz — powiedział. — To moja rodzina. Postanowiliśmy zrobić kolację. Co w tym złego? — W moim mieszkaniu? — Anna zrobiła krok w jego stronę. — Moim jedzeniem? Moimi rzeczami? Przewrócił oczami. — Daj spokój. Nie jesteś skąpa. Anna uśmiechnęła się krótko, niemal bezgłośnie.